RSS
środa, 22 lipca 2009
Dziki wyścig Tour de France

Co za zwroty akcji w Tour de France!

A już zmiany nastrojów w grupie Astana powodują istne zawroty głowy.

Bracia Schleck na mecie

Tu na mecie bracia Schleck i obok nich Contador

Dotąd podobno Alberto Contador nie rozmawiał z nikim z drużyny oprócz Gallopina, siedzi w autobusie w 18. rzędzie, a Lance Armstrong jak zwykle obok kierowcy...

Dziś jednak Armstrong robił dzikie sztuki, aby Contador zdobył jak największą przewagę nad Bradem Wigginsem przed czasówką, i mu się to świetnie udało.

Z kolei Contador najpierw atakiem oderwał od grupy swojego kolegę z zespołu Andreasa Kloedena, a następnie przez resztę podjazdu wyglądał Niemca i tylko czekał, aby mu pomóc dołączyć. Tyle, że załamanie Kloedena było zbyt głębokie. W wywiadzie dla „Eurosportu” Contador mówił, że chciał, aby Kloeden wygrał etap! Po co w takim razie atakował na ostatnim podjeździe? Gdyby grupkę prowadzili w równym tempie bracia Schleckowie, może Kloeden dojechałby z nimi do szczytu, a potem i do mety.

Piękny etap, który powiedział i o tym, że Armstrong należy do najlepszych. Tu, na blogu niewychowany tacxs napisał, że TdF to nie wyścig dla oldboyów. Z jego kwadratowych słów wynikało, że nikt nie powinien być doceniany tylko ze względu na wiek. I to prawda, nikt nie twierdzi inaczej. Armstrong zasługuje na szacunek nie tylko ze względu na wiek i na udany powrót do kolarstwa. Przede wszystkim ze względu na fantastyczną formę MIMO obiektywnych przeciwności, czyli 37 lat, czteroletniej przerwy od TdF i złamanego obojczyka w marcu. W górach Amerykanin ustępuje tylko Contadorowi i braciom Schleck, zaś w czwartkowej czasówce prawdopodobnie z czołówki tylko Contadorowi i Wigginsowi. A i to co napisałem wcale nie jest takie pewne, bo w takim wyścigu jak Tour de France samopoczucie i forma może się wahać - tyczy się to nie tylko Armstronga, ale też Contadora, który nie raz przeżywał gwałtowne załamania formy, braci Schlecków czy Wigginsa...

Osobiście liczę na to, że w Annecy Armstrong da się pokonać tylko Cancellarze. Mam nadzieję, że odzyska tam miejsce na podium, które dziś stracił na rzecz Schlecków.

Ale też wiem, ile go będzie kosztować Mont Ventoux, gdzie bracia Schleckowie będą szarżować jak wściekli. Sami powiedzieli wczoraj, co nieco histerycznie (ale być może z czarnym humorem): - Będziemy atakować, nawet gdyby miało to nas kosztować życie!

18:10, radoslawleniarski
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 20 lipca 2009
Odpieprzcie się od Armstronga

Podczas Tour de France moje ucho stało się bardzo wyczulone na shadenfreude. Nie trzeba do tego ultrasonografu, aby zauważyć tę zawistną radość wszechobecną między wierszami, między słowami niby to obiektywnymi, w związku z tym, że Lance Armstrong wreszcie i ostatecznie uległ Alberto Contadorowi.

Armstrong (z prawej) i Contador w TdF 2009

Dodatkowo wyczuwam, że niemal każde wydarzenie związane z 37-letnim Amerykaninem - siedmiokrotnym zwycięzcą, wracającym do Wielkiej Pętli po czterech latach, na dodatek nie w pełni sił po złamaniu obojczyka w marcu - jest interpretowane jako jego grzech, jego błąd, jego arogancja.

Słyszę i czytam, że Armstrong blokował rywalizację w zespole, że Contador jest ofiarą spisku kumpli Amerykanina, bo w zespole panuje swoisty apartheid, że w niedzielę wreszcie nastąpił koniec Armstronga, że Armstrong wiezie się, że gdyby nie drużyna, nie istniałby w peletonie, że gdyby nie pomoc Andreasa Kloedena, przyjechałby do Verbier pięć minut za Contadorem.

To jest coś więcej niż tylko realizacja znanego w sporcie hasła „bij mistrza”. To ortodoksyjne wypełnienie hasła „Bij mistrza po kostkach, nerkach i gdzie popadnie!”

Oto, co myślę o tych powszechnych oskarżeniach.

Gdyby nie kraksa i kontuzja Levi Leipheimera, Astana miałaby w najlepszej piątce Tour de France czterech zawodników. Ma trzech. Osiągnęli te pozycje dzięki prologowi i jeździe drużynowej na czas, zaś Armstrong dodatkowo genialną intuicją na etapie do Le Grande Motte, w którym Contador i wielu innych się zgapiło. Ale przy pierwszej okazji, czyli na Arcalis, Contador zaatakował i wyprzedził Armstronga. Gdy zbliżyła się następna okazja, w Verbier, znów zaatakował. Zrobił to dokładnie tam, gdzie planował. Nikt tu niczego nie blokował.

W telewizji sugerowano, że w niedzielę Armstrong pociągnął za sobą rywali Contadora, co jest nie fair w stosunku do Hiszpana.

Mówienie o tym podczas ciężkiego etapu w górach już jest sporym nadużyciem.

Ale ważniejsze jest to, że Kloeden, czyli ten, który niby został skazany przez zespół do ciągnięcia Amerykanina, i sam Armstrong nie są na 20. miejscu klasyfikacji generalnej. Są na czele wyścigu. Niemiec i Amerykanin walczą o swoje i o to, co najlepsze dla zespołu - dzięki temu w Paryżu prawdopodobnie będą w najlepszej piątce. Zaś pozycja Contadora jest niezagrożona - w tym roku jeździ świetnie na czas (czasówka już w czwartek), o jeździe w górach nie wspominając (w sobotę jest góra Ventoux).

Gdyby faktycznie etap do Verbier był końcem Armstronga, strata dla wyścigu byłaby niepowetowana - wbrew temu, co piszą francuskie media. Gdyż to właśnie jego postać i jego zmaganie z 10-15 lat młodszymi kolarzami nadaje wyścigowi wielki wymiar, wychodzący poza sport. Szczególnie to ważne po aferach dopingowych, po zmianach zwycięzców przy zielonym stoliku, czyli wydarzeniach, które zszargały wizerunek wspaniałego wyścigu.

Na szczęście meta w Verbier nie będzie końcem Amerykanina, zwłaszcza, że przed nim czasówka, w której zajmie zapewne miejsce w najszybszej piątce, oraz góra Ventoux, gdzie prawdopodobnie zmierzy się z czymś o wiele trudniejszym niż wjazd do Verbier.

Faktycznie, Armstrong ma kumpli w swoim zespole (i w innych), bo tytuł mistrza świata zawodowców zdobył wtedy, gdy Contador zaliczał pierwsze klasy podstawówki. Z częścią z nich zna się od wielu lat (Kloeden, Popowycz, Leipheimer a również np. Hincapie w Columbii). Przez ten czas zdobył sobie szacunek w peletonie, kwestionowany głównie przez dziennikarzy.

Contador w zespole rozmawia właściwie tylko z szefem technicznym - Alainem Gallopinem. Ale ofiarą to on na pewno nie jest, choć hiszpańska prasa - bodaj najbardziej rozhisteryzowana w Europie - twierdzi inaczej. Jest w tej chwili liderem Tour de France. I jak dotąd w każdym etapie jechał tylko i wyłącznie na własny rachunek.

W sumie więc chętnie strawestuję powiedzenie klasyka i skieruję je do krytyków Amerykanina - odpieprzecie się od Armstronga.

15:17, radoslawleniarski
Link Komentarze (16) »
wtorek, 14 lipca 2009
List od kibica z Orlando

Nazywam się John Kowalski i jestem kibicem Orlando Magic. Sezon co prawda zaczyna się jesienią, ale ja już przygotowuję sobie transparent na pierwszy domowy mecz. Transparent na pewno pokażą w ABC i ESPN, bo zawsze lubią takie wstawki w transmisję.

Namalowałem na nim napis:

Kick out Gortat

Nie mam wyjścia, choć do tej pory ceniłem go za to jak haruje na treningach, jak daje wycisk Howardowi, jak wzmacnia tym samym drużynę.

Ale gdzie na świecie jest koszykarz, który po zdobyciu tytułu wicemistrza NBA, w klubie, który nauczył go jak grać w kosza, kala własne gniazdo, poniża kibiców i klub?

To nieprofesjonalne.

Co klub zrobił złego, aby tak się zachowywać w stosunku do niego? Że chciał zatrzymać dobrego gracza, zgodnie z przepisami. Były sprytne manewry, były tu i ówdzie półgębkiem wypowiedziane słowa, że nie stać nas na wyrównanie oferty Dallas, ale to chyba nie grzech.

I za to wszystko upokarzające mnie, kibica Orlando słowa o załamaniu, rozczarowaniu. A wcześniej o tym, że ma nadzieję, że zmieni klub, jak jeszcze nie upłynął deadline?

Jak sobie teraz Polish Hammer przez kilka miesięcy - być może do zimowej wymiany - poradzi ze mną i z masą takich wnerwionych gości jak ja?

11:53, radoslawleniarski
Link Komentarze (33) »
piątek, 10 lipca 2009
Wielki dzień w TdF: „Contador bierze koszul”

„100 procent! Contador bierze koszul!” - usłyszałem od jednego z kolarzy, gdy zapytałem co się będzie dziać w Wielkiej Pętli. Koszul, czyli żółtą koszulkę lidera. Czyżby Armstrong sie nie liczył?

Dziś wielki dzień w Tour de France, bo pierwsza porządna góra przed kolarzami - Andora Arcalis, ale też w Formule 1. W pierwszym treningu przed Grand Prix Niemiec Kubica był 14. a cuda wyprawiał Mark Webber w swoim znakomitym Red Bullu. Mieszne jednak uczucia w Red Bullu jako że Sebastian Vettel musiał przerwać trening po awarii.

Button próbował na miękkich oponach kręcić najlepsze czasy i mu się udało. Wygląda na to, że opcjonalne gumy są lepsze w chłodniejszych warunkach.

Przechodzę płynnie na twittera. Zapraszam na twitter.com/leniarski

14:10, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 lipca 2009
Jak rozwiązać zagadkę z GW

Napisałem artykuł na drugą stronę GW, bo twitterowanie w Tour de France to naprawdę ciekawe zjawisko. Można zajrzeć na twitter.com/lanceamstrong, twitter.com/levileipheimer, albo twitter.com/ghincapie, aby zobaczyć jak kolarze się twitterem bawią, promują się, wspierają jakieś swoje cele.

Ale też namówiony przez kolegów dałem w GW wymyśloną zagadkę dla czytelników. Takiego wpisu na twitterach kolarzy nie ma, ale mógłby być. Co to znaczy?

Ciekawy jestem ile osób czyta drugą stronę GW, moją ulubioną. To też będzie jakiś test…

 

00:30, radoslawleniarski
Link Komentarze (10) »
piątek, 03 lipca 2009
Kubica nie będzie ukarany

W Egipcie, w Dahab gdzie wyjechałem na dwa tygodnie, nie wiedzą co to Formuła 1, więc mimo najszczerszych chęci nie udało mi się obejrzeć wyścigu w Silverstone. Dowiedziałem się z internetu i o niedobrym wyścigu i o pechu z silnikami, prześladującym Kubicę przez cały weekend.

Kubica w Monako

Kubica w Monako - silnik nie wytrzymał na popołudniowym treningu

Po powrocie zrobiłem sobie dokładną prasówkę i w „Przeglądzie Sportowym” przeczytałem o tym, że „Kubica nie uniknie kary” za nadprogramowe użycie silnika (silników) - bo „w zastraszającym tempie ubywa mu” jednostek napędowych. W tym roku kierowca może ich użyć zaledwie ośmiu w całym sezonie. A Kubicy podobno zostały tylko dwa, choć do końca sezonu zostało jeszcze dziewięć wyścigów.

Jest więc trzęsienie ziemi, ale dalej napięcie będzie jednak maleć.

Człowiek z centrali BMW Sauber napisał mi maila, że Kubica ma jednak cztery silniki do wykorzystania w wyścigach - dwie nówki-sztuki, i dwa motory z Silverstone, których awarie, według słów Niemca „niegroźne”, szybko usunięto. Jedna z tych „zawariowanych” w Wielkiej Brytanii jednostek była pachnąca nowością i w pewnym sensie wciąż taką pozostaje. Nie wiem tylko, ile przebiegu miał pierwszy silnik użyty w porannym treningu w Silverstone.

Pozostałe jednostki z wcześniejszych wyścigów zostaną wykorzystane do treningów - napisał Niemiec z BMW Sauber.

Tak więc nie jest tak źle - są kierowcy, którzy użyli już pięć silników (ale nie wiadomo jaką strategią wyboru przy tym kierują ich inżynierowie).

PS. Nie mogę się powstrzymać, nie mogę, nie mogę. Dostałem mailem z centrali Dona Kinga piękne zdjęcie. Don będzie oddawał cześć Michaelowi Jacksonowi przed walką Tomka Adamka z tym, no, jak mu tam, ... Gunnem 11 lipca. Więc wysłał zdjęcie, aby pokazać swoją wielką zażyłość ze zmarłym królem popu.

Na tym zdjęciu obaj są królami popu, czyż nie?

King i król popu

 

17:23, radoslawleniarski
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Kubicy szansa na historię

Ponieważ padał deszcz w Silverstone i to niezły, więc zamierzam napisać artykuł do „Gazety” o deszczu w Formule 1. Najbardziej zależy mi na pokazaniu wielkich mistrzów. Czytałem właśnie, że Hamilton w sobotę jeździł w ramach jakiejś pi-arowskiej imprezy po torze w ulewie (mercedesem slr, chyba nie stirling moss przy takim deszczu, patrz niżej)

Mercedes SLR Stirling Moss

I oczywiście przeraził pasażera, bo w pewnym momencie jadąc 250 km/godz stwierdził, że nic nie widać. - A ty coś widzisz? - zapytał jakiegoś bankowego bonzo, albo dziennikarza, który tym bardziej nic nie widział.

Jak znam życie, Hamilton mógł nawet nie włączyć wycieraczek, bo przecież w jego McLarenie takiego urządzenie nie ma.

A akurat Hamilton najbardziej zaimponował mi rok temu w Silverstone, kiedy pojechał w ulewie po prostu obezwładniająco. Na mecie miał ponad 68 s przewagi nad drugim Nickiem Heidfeldem, gdzie kółko w tamtych warunkach robiło się w 95 sekund.

Manewr na pierwszej prostej do pierwszego zakrętu był czymś wyjątkowym. Potem - co widać na filmie z formula1.com - wyprzedził Fernando Alonso, szukając przyczepności na mokrym torze po zewnętrznej.

I na wspomnianej imprezie PR też to zrobił - gdy pasażerem był Damon Hill, mistrz z 1996, zwycięzca w Silverstone z 1994. - Gdzie ty tam jedziesz? - pytał zdaje się lekko spanikowany Hill. - Jak to gdzie? Tam gdzie jest trzymanie - powiedział mistrz świata.

Można nie mieć najlepszego samochodu, ale w tym roku też widać klasę Hamiltona, a kto wie, czy nawet nie bardziej niż wtedy, gdy dysponował najlepszym autem w stawce.

Rok temu, kiedy Nick Heidfeld tak bardzo nie mógł dać sobie rady z samochodem przez cały sezon, wykonał w Silverstone dwa wspaniałe manewry - pierwszy, gdy wyprzedził za jednym zamachem Timo Glocka i Fernando Alonso, drugi - kiedy w niemal identyczny sposób pokonał na jednym zakręcie Heikki Kovalainena i Kimi Raikkonena. Hiperinteligentne wyprzedzania Heidfelda są niemal w każdym zestawieniu takich manewrów w internecie (poniżej chyba numer 5. i 3. w 2008 roku).

Więc może w tym tygodniu Kubica - mimo, że samochód nie jest najlepszy (a właściwie jest najgorszy) - wniesie coś do historii F1. Tor Silverstone daje szansę po raz ostatni.

Macie jakiś pomysł na najlepsze wyprzedzanie, albo najlepszą jazdę w deszczu? Mój typ na to drugie to Senna w debiucie w Monako w 1984 roku, tyle, że niewiele z tego widać na wideo w internecie.

PS. Aha, juz wiem, Lewis Hamilton był na Silverstone z dziennikarzami w środę. To rodzaj odkupienia za starty moralne, jakie mieli opisując aferę w Australii z udziałem Hamiltona i McLarena. Jeździli tylko dziennikarze i jeździli mercedesem slr. Pierwszy był mój ulubiony bloger James Allen.

15:54, radoslawleniarski
Link Komentarze (8) »
piątek, 12 czerwca 2009
Zadymy w Formule 1 ciąg dalszy

Jest lista zaakceptowanych zgłoszeń do sezonu 2010. Dziwaczna trochę, jeśli można tak powiedzieć.

Przez kilkadziesiąt lat Wielka Brytania panowała nad imperium, w którym słońce nie zachodziło. Dokonała tego dzięki starej rzymskiej zasadzie: Dziel i rządź.

lista FIA na 2010

Max Mosley jest nieodrodnym dzieckiem imperium brytyjskiego. Ostatnie jego posunięcie było idealnym przykładem użycia tej zasady. Na czele listy zaakceptowanych zgłoszeń jest Ferrari, jako zespół nie stawiający warunków. No, przecież to oczywiste, że jako główny przedstawiciel opozycji zmian, jakie chce wprowadzić FIA, Włosi sami się tak nie zgłosili.

Pisałem tekst do naszego portalu o godz. 12. i takie zdanie zawarłem „prawdopodobnie Ferrari ostro zareaguje”, kiedy o 13. pokazało się stanowisko włoskiej stajni na ich stronie internetowej, gdzie oczywiście ostro zaprotestowali. I napisali, że jak tak będzie dalej, to nie wystartują.

FIA namawia za to McLarena, BMW Sauber, Toyotę, Renaulta i na dokładkę Brawna, żeby wycofały swoje warunki. Mosley chce rozłupać monolit FOTA, jak odłupał już z niego Williamsa i Force India. Chce odizolować wielkich producentów, więc następni do testu to związani z Mercedesem McLaren i - dużo cieńszymi nitkami, więc pewnie pójdzie na pierwszy ogień - Brawn.

Divide et impera.

Mosley uważa, że Ferrari i inne zespoły, które w 2005 roku podpisały z nim i z właścicielem praw komercyjnych ośmioletnią bodaj umowę, nie mają prawa się wycofać. I tego będzie się trzymać. Teraz Ferrari będzie musiało oddać sprawę do sądu. Zadyma zamiast się zmniejszać, zwiększa się. I presja się zwiększa.

Ja się zgadzam z ideą, jaka przyświeca temu wyniosłemu arystokracie Mosleyowi - o zredukowaniu pozycji wielkich producentów do roli dostawców, a nie dyktatorów (no bo czekałoby F1 to, co stało się udziałem WRC) - ale jego metody są nieakceptowalne. Nic dziwnego, że Ferrari się narowi.

Ciekawe są nowe zespoły na liście - nie ma faworyzowanych wcześniej przez media Lola, Prodrive, LiteSpeed, za to jest znany Kubicy i Hamiltonowi Manor Motorsport z F3 (teraz Manor GP), bo Polak startował w barwach zespołu w Makao w 2004, zdobył pole position i był drugi w wyścigu za Aleksandrem Prematem(rok później zwycięstwo odebrał mu tam Lucas di Grassi jadący dla Manora). Manor jest zaskoczeniem lekkim, no, ale Nick Wirth, szef zespołu kiedyś współpracował z Maxem Mosleyem w Simteku (lata 90.)

Kubica w Makao

Na zdjęciu Kubica w Manorze-Mercedesie w Makao w 2004 roku - zdobył pole position jak sam mówił, bo miał szczęście - pół samochodu na torze nie było

Oraz USF1, no bo wiadomo, jak Ameryka jest ważna, oraz Campos GP, jako doświadczony zespół w GP2.

14:00, radoslawleniarski
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 czerwca 2009
Szmyd jest wielki na Ventoux, i niespodzianka na koniec

O Szmydzie niżej, i jeszcze na końcu słowo odpowiedzi na notki po poprzednim wpisie.

Dwie rzeczy mnie zbulwersowały tego dnia i muszę się z wami podzielić. Najpierw o Wawrzyniaku.

Dlaczego traktujemy głupotę Warzyniaka inaczej niż głupotę innych, którzy zostali przyłapani na stosowaniu podejrzanych środków.

Okazało się, że Wawrzyniak nie incydentalnie pochłonął środek na odchudzanie, z pochodną zabronionego środka chemicznego (czyli również zabronionym).

Powiem wam, co byśmy wszyscy stwierdzili, gdyby na tym samym przyłapano na przykład kajakarza. Że jest dopingowiczem, sterydziarzem, nie wierzylibyśmy w żadne jego słowo wyjaśnienia. Wziął środek na odchudzanie? Pewnie wypłukiwał doping, oszust.

A tutaj: no jasne, Grecy chcą się go pozbyć, więc mu podkładają świnię. Wrobili go, niewinneą ofiarę losu, ot co.

Mało tego, Wawrzyniak mówi: „Legia wyciągnęła do mnie rękę. Powiedziała, że choćby nie wiem co, pomogą mi”.

Dlaczego pomogą nieuczciwemu sportowcowi? Czy chodzi o pieniądze? Legia spyli Wawrzyniaka jak towar wybrakowany, drugiej świeżości za pół ceny w styczniu.

To mnie wnerwia tak samo, jak klepanie o dopingu zagranicznych gwiazd przez komentatorów w TV, i jednoczesna strachliwa ostrożność w stosunku do naszych byłych gwiazd, niemal w tym samym zdaniu. Sam słyszałem jak znany komentator mówił na antenie bez żenady o biegaczce, która zakończyła karierę i nigdy jej nie złapano, że miała zarost na twarzy tak gęsty, że powinna się golić tuż przed startem, a jeśli chodzi o wypryski na plecach, to wiadomo, musiała spędzić długie godziny u kosmetyczki przed ważną imprezą.

Czy powiedziałby tak o jakiejś Polce, o jakiejś polskiej gwieździe w ten sam insynuacyjny sposób?

Drugi temat jest optymistyczny.

Szmyd na Ventoux

Szmyd wygrał na Mount Ventoux w etapie wyścigu Dauphine Libere. Uciekał z Alejandro Valverde. Nie wiem, czy się jakoś umówili, że Polak wyciągnie pod górę Hiszpana, a ten w rewanżu mu da wygrać, czy jakoś inaczej, dość, że po jakiejś niewytłumaczalnej awarii przerzutki (l'Equipe donosi, że Szmyd musiał/chciał wymiotować z wysiłku), Szmyd wyskoczył Valverde na ostatniej agrafce jak strzała i wygrał. Ten zakręt ma jakieś 15-20 procent nachylenia.

Zdarzyło się tak, że w ostatni piątek wróciłem z tej góry. Wjechałem na nią rowerem razem z kumplami z „Gazety”. Miałem czas 2 godz. 3 min.

Jechałem i kląłem, jechałem i cierpiałem.

Widziałem jak chłopaki w Dauphine Libere cierpią, byłem z nimi duchem. Góra jest straszna - ma 1617 m przewyższenia. Jedzie się z Bedoin prawie 22 km non stop pod górę, ani sekundy wytchnienia, cały czas na miękkich przełożeniach. Właściwie na najbardziej miękkich. Najgorszy jest las, czyli pierwsze 15 km, bo tam są strome, długie proste. To tam Szmyd uciekł z Valverde.

Rekord z Bedoin na szczyt to 55 minut - Ivan Basso tego dokonał kilka lat temu.

Są góry we Francji trudniejsze (Pic du Midi w Pirenejach - przewyższenie 1926 m, Parpaillon 1770, czy nierozpoznany przeze mnie wjazd na Glacier de Mont de Lans - 2458 m), ale nie ma bardziej legendarnej. Ventoux jest od lat związana z Tour de France i z wyścigiem w Delfinacie.

Jak ktoś wygra na górze Ventoux - jak Szmyd - znaczy, że jest gość i zdobywa szacunek peletonu.

Chwała Szmydowi!

Ktoś z was napisał, że dzięki Formule 1 kilka rozwiązań znalazło się w produkcji masowej. Żadne ABS, ASR i inne nie zaczęły się w F1. F1 wszystko udoskonala, miniaturyzuje, doprowadza do perfekcji, ale nie wymyśla. Na to trzeba wikszych pieniędzy, większych ośrodków badawczych, takich jakimi dysponują producenci.

A dla ciekawskich coś fajnego. Pamiętacie film „Le Mans” z młodym Steve'm McQueenem. A wiecie, że grał tam z Lewisem Hamiltonem?

 

18:32, radoslawleniarski
Link Komentarze (8) »
wtorek, 09 czerwca 2009
Oj, będzie nowa Formuła A

Bardzo ciekawy wywiad z Frankiem Williamsem przeczytałem na blogu Jamesa Allena.

Williams, który należy do związanych z FIA w tym beznadziejnie wyglądającym sporze mówi, że możliwe jest stworzenie nowej serii, ale on oczywiście zostanie przy serii FIA, która zapewne będzie Formuła 1.

Frank Williams

Weteran mówi, że kluczowe są dwie rzeczy.

Pierwsza to problem dostawcy silników dla nowej/starej serii FIA. Silniki są w tej chwili niezawodne, starczają na bardzo długo (trzy cztery razy dłużej niż Cosworth 30 lat temu - mówi Frank), i jeśli firmy producenckie - Toyota, Mercedes, Ferrari, Renault, BMW - odetną dostawy dla zespołów FIA, to będzie ciężko. No, bo zapewne dostawca silników dla Formuły 1 będzie zapewne Cosworth.

Co ciekawe Williams związany z FIA jest napędzany silnikiem Toyoty, która jest wierna FOTA.

Po drugie kluczowe jest stanowisko Ferrari - języczka u wagi. Williams twierdzi, że nikt w FOTA nie będzie umierał dla Ferrari, które przecież ma całkiem osobną, o wiele bardziej korzystna umowę z właścicielem praw komercyjnych.

Williams zasugerował, że Max Mosley będzie starał się przekonać innych, że to nie jest warte. Uważa, że intencje szefa FIA są dobre, że chce ocalenia mniejszych zespołów, które już nie potrafią udźwignąć budżetów windowanych przez zespoły producenckie.

Max Mosley w Monako

Ciekawe, ale trochę dziwne. Mosley i kompromis?

Niezwykłe są budżety Williamsa, który mówi, że w tym roku wydadzą 90-100 mln funtów, a przed 1997 rokiem (czyli w erze przedproducenckiej) wydawali nigdy więcej niż 40 mln funtów, czyli tyle, ile wynosiłby nowy limit budżetowy.

Mam nadzieję, że się mylę (bo wolałbym, aby było nadal po staremu plus nowi na starcie), ale zrobienie takiej nowej serii może się udać, choć będzie cholernie trudne - z przyczyn prawnych, własnościowych, organizacyjnych, finansowych. Oczywiście, jeśli dojdzie do rozłamu, telewizje wybiorą FOTA z Ferrari, Alonso, Hamiltonem, znajdą się tory, które przyjmą nową serię i to pewnie za mniejsze pieniądze.

Pytanie tylko, czy producenci będą tacy bojowi, jak walną w nich akcjonariusze za lecącą na łeb na szyję sprzedaż, a dwie serie rozgrywane jednocześnie nie będą przynosić spodziewanych efektów marketingowych.

Bartek Raj twierdzi, że to wszystko może być gra nacisków, ustawianie przeciwnika w negocjacjach, ale na mój nos rywale okopali się za głęboko. W dodatku jeden z nich nie przejawia zwykłej ludzkiej cechy - dążenia do kompromisu. Naprawdę nie wiem, czy nie grają w tym dramacie jakiejś roli wzorce psychologiczne Maxa Mosleya.

Wiecie o co mi chodzi?

15:07, radoslawleniarski
Link Komentarze (18) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19