RSS
sobota, 23 sierpnia 2008
Kto tu oszukuje w sprawie chińskich gimnastyczek

Jeśli to, co mówią o chińskich gimnastyczkach jest prawdą, jest to oszustwo stulecia. Jeśli są dowody na to, że Chińczycy wyrobili im nowe dokumenty, a faktycznie dziewczynki mają 12 - 14 lat (limit wynosi 16), byłoby to zupełnie niebywałe.

He Kexin z medalem

Może być i tak, że oszustwo jest, ale nie państwowe. W Chinach często się zdarza podrabianie dokumentów, czy też wyrabianie nowych. Część dokumentów wygląda jak zwykły świstek papieru i za niewielką opłatą dodatkową może zostać wydany gdzieś u wójta na wsi. Ludzie mają różne powody, aby tak robić. Kiedy starają się o pracę w mieście, gdzie potrzebują młodszych, albo starszych (na przykład na kierowcę autobusu). Rodzice chcą posłać szybciej dzieci do szkoły z internatem, albo uważają, że utalentowane dziecko się zmarnuje, jeśli będzie czekać z gimnastyką zbyt długo.

To, że limit wieku w gimnastyce jest podwyższony do 16 lat, nie oznacza, że 10-letnie dzieci nie skaczą niebezpiecznych kombinacji na drążkach, na równoważni. W Chinach, w USA, Rosji czy Rumunii. Po prostu ambicje rodziców, nauczycieli sięgają nieba. Rodzic przychodzi z sześciolatkiem do klubu, czy szkoły i zostaje wciągnięty niczym w trąbę powietrzną do systemu. Trener wkrótce mu mówi, że takie są realia, że jak nie zacznie ćwiczyć w takim wieku, to do niczego nie dojdzie, z czasem rodzice się przyzwyczajają i ćwiczenia przestają być dla nich niebezpieczne. Wkrótce staja się jeszcze bardziej talibskimi wyznawcami orki na treningu niż trener. Sukcesy w pierwszych zawodach dla najmłodszych najczęściej zaślepiają ich już całkowicie.

Aha, nie powiedziałem o dziecku. Ale najczęściej nikt go nie pyta o zdanie.

Jak się cieszy z tego co robi, a zajęcie nie mają złego wpływu na jego rozwój - to wszystko OK. Tylko, że zdaje się, że to nie jest przypadek gimnastyki.

08:04, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Stecu, Phelps jednak jest największy

Phelps jest największym olimpijczykiem wszech czasów. Po prostu zmierzono to liczbą medali - olimpijskim miernikiem.

Phelps w Pekinie

(Na zdjęciu Kuby Atysa Michael Phelps po dekoracji, z ósmym złotym medalem przedziera się między fotorepoterami do mamy, która każdego dnia, rano i po południu siedziała na tybunach)

Pozostałe pytania o jego wielkość w stosunku do innych sportowych osobistości i osobowości są sporami opinii.

Jeśli ktoś bardziej lubi skok o tyczce, to dla niego bohaterem będzie Serhij Bubka, choć akurat na igrzyskach olimpijskich się nie najlepiej sprawdzał. Albo Jelena Isinbajewa. Dla kogoś innego wioślarstwo jest sportem numer jeden i idolem będzie na zawsze Steven Redgrave, z pięcioma złotami w pięciu igrzyskach.

Nie będę niestety oryginalny jeśli napiszę, że wioślarstwo nie jest głównym nurtem olimpijskiego sportu (z całym szacunkiem dla naszych złotych i srebrnych medalistów, w których po niedzielnym popołudniu na torze w Shunyi po prostu się zakochałem na zabój), a skok o tyczce jest zaledwie jedną z kilkudziesięciu konkurencji lekkoatletycznych. Dzięki zwycięstwu, lub zwycięstwom można stać się olimpijskim bohaterem wioślarstwa lub skoku o tyczce. Bohaterowie ci nie wychodzą poza ramy sportu.

A ktoś taki jak Phelps jednak wychodzi.

Argument, że wszystko nakręcają media jest łatwy, ale jak zastanowić się głębiej, to niesprawiedliwy. Bo jednak nie media wcisnęły 15-letniego Phelpsa do reprezentacji jako najmłodszego amerykańskiego pływaka na igrzyska w Sydney, i nie media ciągnęły go linami, żeby wywalczył swój pierwszy tytuł mistrza świata w wieku 16 lat.

Pomaga mu mnogość konkurencji pływackich, jednak, jak powiedział mi Bartek Kizierowski, porównanie 100 m delfinem z 400 m zmiennym jest niemożliwe, bo to dwie zupełnie inne dyscypliny sportowe. Spójrzcie na Otylię, która zajęła się na poważnie jednym stylem, była najlepsza tylko w nim i to zaledwie przez dwa sezony. A przecież uważaliśmy Otylię za gwiazdę i genialny talent.

Jeśli ktoś zdobył złoty medal bijąc rekordy na 100 i 200 m delfinem, 200 m kraulem, 200 i 400 m zmiennym to tak, jakby lekkoatleta biegł na 100, 200 i 400 m, dorzucił jeszcze 110 ppł i skakał w dal.

Byli sportowcy, którzy próbowali to robić. Tacy się rodzą raz na 50 lat, no, może trzydzieści. Jesse Owens, Carl Lewis biegali sprinty, skakali w dal i biegali sztafety. Dlatego uważani są za olimpijczyków wszech czasów. I dlatego Phelpsowi też należy się to miano.

 

PS. Do wioślarzy! Pełen szacunek. Sam byłem przez 10 lat kajakarzem, to i wcześniej ten szacunek do kolegów z wody był. Teraz jeszcze bardziej się pogłębił.

Oni są esencją olimpijskiego sportu: mądrzy, silni, odważni, konsekwentni, nie pękają w trudnych okolicznościach. Powaga! Po takim dniu jak niedziela na torze Shunyi mam wrażenie, że gotów byłbym za takich chłopaków dać się pokroić.
08:24, radoslawleniarski
Link Komentarze (11) »
sobota, 16 sierpnia 2008
Usain Bolt jest Ziemianinem. Z rekordem wszechświata

Właśnie byłem świadkiem najszybszego biegu w historii igrzysk olimpijskich. W życiu nie widziałem czegoś takiego, choć to juz trzeci finał olimpijski setki, jaki oglądam na żywo. Usain Bolt pobił rekord świata o 0,03 sekundy, ale mógł o pół sekundy.

Bolt w Pekinie

Facet biegł z takim luzem, z taką swobodą, a jednocześnie dynamiką i elegancją... Czegoś takiego nie widziałem od czasu Carla Lewisa.

Jesli ten Jamajczyk nie wygra równiez 200 metrów, to nie mnie kule biją.

Ostatnio rozmawiałem o Bolcie, Asafie Powellu z Colinem Jacksonem, genialnym kiedyś płotkarzem, który teraz produkował film o sprinterach dla BBC. Okazuje się, że na Jamajce 90 procent ludzi rodzi się z tak zwanymi superszybkimi włóknami mięśniowymi. Sam Jackson miał ich w sobie 25 procent, podczas gdy zwykli ludzie mają około 2 procent. Ile ma Bolt? 110 procent.

On już od 50. metra patrzył, czy ktoś mu dorównuje, a od 70. metra świętował zwycięstwo. Gdyby biegł na pełny gaz do końca, rekord wynosiłby teraz nie 9,69 ale 9,6.  

16:48, radoslawleniarski
Link Komentarze (9) »
piątek, 15 sierpnia 2008
Spowiedź działacza rangi okręgowej z ambicjami

Zastanawiałem się, dlaczego tak źle dzieje się w sporcie polskim. Dlaczego, jako jeden z nielicznych krajów europejskich, Polska nie ma na podium ani jednego olimpijczyka. A sport wygląda jak stadion Skry w Waszawie, gdzie spotkałem kiedyś na reportażu najbardziej odrażający typ sportowego działacza.

Stadion Skry w Waszawie

(tu zdjęcie stadionu Skry autorstwa Bartka Bobkowskiego)

Ale, ale, wyobraźcie sobie, że pewnego dnia w tym bajkowym, olimpijskim Pekinie podszedł do mnie sportowy działacz i spod wąsa powiedział tak: 

- Mam 64 lata i od 40 lat robię w sporcie. Muszę powiedzieć, że nie jest łatwo wiązać koniec z końcem. Kokosów nie mam. Żeby przetrwać, trzeba się trzymać zasad. Pierwsza zasada, sztama z kumplami. Jestem z zapasów, więc powiem jak to jest u nas. Pierwsze, trzeba dobrze obcykać zjazd. Na przykład kumpel z okręgowego związku po prostu zwołał go wcześniej. W mazowieckim namówiliśmy się z kolegami i powybieraliśmy się do zarządu, tak że nikt się nie zorientował.

Potem mogą pisać do ministra ile chcą, przecież nie będzie wnikał w wybory na szczeblu okręgowym, tak czy nie?

W Polskim Związku Bokserskim dwóch pięściarzy wysłali do Aten, boksu w Polsce nie ma, a oni wybrali 20-osobowy zarząd. To majstersztyk.

U mnie w okręgu jak się już jest w środku, w organizacji, to też można wybrać znajomka do centrali. W centrali zawsze można wyjechać za granicę, diety lecą - 40 euro dziennie przez trzy tygodnie - a zawsze przecież w hotelu jest śniadanie, organizatorzy za wszystko płacą... Tu, w Pekinie dziennie 20 osób takich jak ja przychodzi do olimpijskiej misji. Jedna korzyść, że te gryzipiórki-szakale dziennikarze już się nie mieszczą, bo jest limit na każdy komitet olimpijski.

A ilu do Pekinu naszych wyjechało! Samych prezesów związków jest tu 21 z chińskimi komórkami, które dostali od PKOl. Jak jakiś prezes przyjechał jako misja PKOl, to wskakuje za niego wiceprezes. Żeby nie było strat. Jak w kolarstwie. Walkiewicz przyjechał jako PKOl, Kita jako związek. Każdy po dniówce z 40 euro, trzy tygodnie wakacji z darmowym żarciem i spaniem... W Londynie może moja będzie kolej. Żyć, nie umierać.

Ale i w okręgu jest co robić.Można dać diety swojemu sędziemu, którego nie było na zawodach. Jak to zrobiłem jak zawody dostał WOSiR na Rozbrat. No, bo turnieje na Rozbrat w Warszawie to dobry strzał. Niby w Piasecznie, albo gdzieś indziej gdzie jest lokalny klub byłoby trzy razy taniej, startowałoby dwa razy więcej sportowców, przyszli by ludzie, rodziny. Ale jak dam kumplowi na Rozbrat turniej, no to chyba będzie wdzięczny i jeszcze mi coś skapnie, tak czy nie? No i nie trzeba będzie jechać do jakiegoś Wygwizdowa.

Widzicie, żadne frukty, niestety. A i trzeba uważać, bo te szakale-gryzipiórki węszą. Są też jakieś oszołomy, jak ten staruszek Głowacki. Ja byłem dzieckiem, jak on już był trenerem i jeszcze się nie nauczył, o co tutaj chodzi. Ja w mig załapałem i żyję, nie skarżę się. Inteligentny jestem. A ten skarży o sędzim, skarży o przewałach z turniejami. Człowiek nie ma spokoju. Czy on nie rozumie, że ze sportu naprawdę trudno się utrzymać. Inni się lepiej urządzili. I bezpieczniej. Nie muszą tak cały czas kombinować. Na przykład w Siedlcach, ci od sztangistek. Od 1996 roku Soćkowie tam prowadzą ośrodek. Moi idole. Wyników coraz mniej, ale Dorota jest kierownikiem, Rysiek trenerem, znajomek finansowym. Trzeba tylko żeby i sportowcy zrozumieli, to będzie lepiej. Niektórzy już kumają. Mają stypendium, nie wychylają się, piąte, szóste, siódme miejsce im wystarczy i szlus. Się kręci. Latami się kręci. 

Wysłuchałbym go i uwierzył.

Bo rzeczywiście jest trener Głowacki w KS Piaseczno, który faktycznie pisze pisma do ministra Drzewieckiego bez odpowiedzi. Faktycznie jest sędzia który wziął pieniądze za sędziowanie, choć go nie było na turnieju. Cała reszta też się zgadza. W PZB 20 ludzi w zarządzie i komisji rewizyjnej, prawda.

Państwo Soćkowie rzeczywiście od 1996 roku prowadzą ośrodek w Siedlcach, działacze rzeczywiście są tutaj na koszt PKOl-u w dobrym hotelu i dostają diety. Faktycznie oprócz prezesa PZKol Walkiewicza jest wiceprezes Kita.

08:01, radoslawleniarski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 14 sierpnia 2008
Moim zdaniem Otylia do pływania już nie wróci

Dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki i to mądre przysłowie mówi o Otylii.

Otylia w Atenach

(na zdjęciu Otylia w Atenach przed czterema laty z medalem za 100 m st. motylkowym. Autorem jest oczywiście Kuba Atys)

Po prostu zniknęła gdzieś mistrzyni, która miała głód walki. Zniknęła pływaczka, która miała głód walki przed igrzyskami w Atenach, na mistrzostwach świata w Montrealu. Była mistrzyni olimpijska, była mistrzyni świata, była rekordzistka świata powiedziała wczoraj po największej klęsce sportowej w swojej karierze, po osiągnięciu mety w czasie o niemal półtorej sekundy gorszym od rekordu życiowego: - Nie jestem niezadowolona z wyniku. Na tyle mnie dziś stać. Może za bardzo odpuściłam w pierwszej części dystansu i później trudno było dogonić rywalki. Mogłam popłynąć szybciej.

Mówi od finale olimpijskim, który odbywa się raz na cztery lata, mówi o swojej najlepszej konkurencji, jedynej w której miała szansę na medal!

Przecież Otylia miałaby brązowy medal, gdyby popłynęła 2.06.25. To nie jest czas nieosiągalny. To jest czas o ponad pół sekundy gorszy od jej rekordu życiowego. Przed startem trener Paweł Słomiński mówił, że jego najlepsza zawodniczka jest w stanie popłynąć w granicach rekordu świata, czyli dobrze poniżej 2,06.

Otylia jest wypalona.

Nie widać w niej już entuzjazmu. A bez tego trudno pokonywać tygodniowo 70 km w 25 metrowym basenie warszawskiej AWF o szóstej rano. Widocznie trudne przeżycia ostatnich czterech lat odcisnęły się na niej głębiej, niż myślałem ja, niż myślał trener, kibice i ona sama. Bohatersko wróciła do sportu po wypadku, chorobach, ale na najwyższy poziom wrócić już nie dała rady. Od trzech lat nie poprawiła rekordu życiowego.

Prawdę mówiąc nie znam osoby, która wróciłaby do sportu po doświadczeniach takich, jakie ona ma za sobą. A do tego nie ma w kraju żadnej konkurencji, która by motywowała do wysiłku.Otylia planuje zrobić sobie dłuższą przerwę od pływania. Obym się mylił, bo jest przecież jedną z najlepszych pływaczek na świecie i fajnie jest oglądać Polkę w finale, bo to rzadki widok. Ale moim zdaniem Otylia już do pływania nie wróci.
16:16, radoslawleniarski
Link Komentarze (13) »
środa, 13 sierpnia 2008
Odciski sztangisty po dźwignięciu 200 kg 100 razy
Kto lubi Szymona Kołeckiego - kandydata do medalu na igrzyskach olimpijskich w Pekinie - zacznie mu współczuć po obejrzeniu jego dłoni na trzy dni przed startem olimpijskim. Zobaczyłem je, kiedy siedzieliśmy i gadali przed wioską olimpijską. A więc czytelniku, mówisz, że kopałeś w ogródku i masz odciski? Mówisz, że rąbałeś drwa i masz odciski? Mówisz, że za długo pisałeś długopisem i zrobił ci się odcisk?Ha, to nie są odciski, zapewniam cię.

Odciski to jest to, co ma Kołecki. Spójrz.

Odciski Kołeckiego

 Przez to Szymon nie do końca mógł popracować nad rwaniem. A właśnie rwanie to dla niego kluczowa konkurencja - musi zaliczyć ze dwie próby, aby utrzymać dystans do lepszych w tym boju rywali.

Odciski wyglądają teraz według niego jeszcze całkiem znośnie. Znacznie gorzej było kilka dni temu, kiedy na treningu zrywał się - przepraszam za drastyczność opisu - bąbel jeden za drugim. Kołecki jest twardy: - Nie po to tu przyjechałem, żeby mnie zniechęcił jakiś odcisk. Zaraz go zniszczę.

Ponieważ chciałem zobaczyć jak wygląda wojna chińsko - amerykańska, którą rządy obydwu krajów prowadzą rękami dzieci-gimnastyczek, przeżyłem atak korespondentów wojennych z tego frontu. Pełen szacunek - oto najbardziej zdeterminowany korespondent. Z lewej była trenerka, z prawej zawodniczka. Co było robić...

Szalony dziennikarz

11:24, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
Odciski sztangisty po dźwignięciu 200 kg 100 razy
Kto lubi Szymona Kołeckiego - kandydata do medalu na igrzyskach olimpijskich w Pekinie - zacznie mu współczuć po obejrzeniu jego dłoni na trzy dni przed startem olimpijskim. Zabzcyłem je, kiedy siedzieliśmy i gadali przed wioską olimpijską. A więc czytelniku, mówisz, że kopałeś w ogródku i masz odciski? Mówisz, że rąbałeś drwa i masz odciski? Mówisz, że za długo pisałeś długopisem i zrobił ci się odcisk?Ha, to nie są odciski, zapewniam cię.

Odciski to jest to, co ma Kołecki. Spójrz.

Odciski Kołeckiego

Przez to Szymon nie do końca mógł popracować nad rwaniem. A właśnie rwanie to dla niego kluczowa konkurencja - musi zaliczyć ze dwie próby, aby utrzymać dystans do lepszych w tym boju rywali.

Odciski wyglądają teraz według niego jeszcze całkiem znośnie. Znacznie gorzej było kilka dni temu, kiedy na treningu zrywał się - przepraszam za drastyczność opisu - bąbel jeden za drugim. Kołecki jest twardy: - Nie po to tu przyjechałem, żeby mnie zniechęcił jakiś odcisk. Zaraz go zniszczę.

10:40, radoslawleniarski
Link Komentarze (11) »
wtorek, 12 sierpnia 2008
Bojewaja raziediwatielnaja maszina na posterunku w Pekinie

Prawdę mówiąc mocno mnie widok bojewej razwiediwatielnej dozornej masziny, przed wejściem dla publiczności zdziwiło. W środku praży się załoga w czapkach z daszkiem. Maszina z lat 70. a z tyłu widać centrum informatyczne z XXI wieku, dzieło amerykańsko-chińskiego architekta. Po co ona tutaj?

transporter

 Gdyby na olimpijskie tereny ciągnęły tłumy kibiców, to taki BRDM byłby wskazany. Ale na trybunach Water Cube nie ma kompletu, na olimpijskie tereny nie ciągnie morze ludzi. Deptaki olimpijskie nie wyglądają jak w Atenach, Sydney i Atlancie - czyli ludzkie mrowie, bo dostęp był nieograniczony. Dostęp ograniczano tylko do obiektów olimpijskich. Tu, aby wejść na teren Olympic Green, trzeba mieć bilet na zawody.Tutaj dziennikarze są sprawdzani przy wyjścia z hotelu za pomocą kamery porównującej zdjęcie z akredytacji, potem lupki do kontroli hologramu na akredytacji i skanera bagażu. Potem mają (mamy) luz i są zachwyceni, o ile nie wyjdą poza teren.Tak więc jedna bojewaja razwiediwatielnaja dozornaja maszina przed wejściem do biura prasowego, druga niedaleko Water Cube i miejsca, gdzie w dniu rozpoczęcia igrzysk wywieszono flagę wolnego Tybetu, to chyba przesada.A z drugiej strony skąd niemiecki pojazd - bo to chyba jakaś wersja transpotpanzera Fuchsa - w Chinach (o ile dobrze rozpoznałem). Niemcy, znani bojownicy o prawa człowieka, przecież na pewno go Pekinowi nie sprzedali. No, z drugiej strony w silkmarkecie go Chińczycy nie podrobili, nie? W końcu transportpanzer to nie garnitur Hugo Bossa.
05:08, radoslawleniarski
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 sierpnia 2008
Policja chińska pomaga zagubionemu telefonowi odnaleźć polskiego właściciela

Zmieniam nastawienie, co do chińskiej permanentnej inwigilacji. Że całkowicie szkodliwa nie powiem bez właściwego zniuansowania.

Niestety psychologiczna zmiana nastąpiła po zaginięciu mojego telefonu w tajemniczych i podejrzanych okolicznościach w biurze prasowym.

Nie wiem, czy pamiętacie SMS, jaki przyszedł kilka dni temu w postaci serii kwadracików.

komora 

To właśnie ten telefon spowodował konieczność wezwania chińskiej policji. Może powinienem się dłużej zastanowić nad tym krokiem, ale stwierdziłem, że nie będzie mi tu jeden z drugim (który wszedł w posiadanie) wydzwaniał na mój koszt na chińską hotline. Po prostu zostawiłem komórkę przy komputerze w biurze prasowym, a po 10 minutach już jej tam nie było. Cóż, pomyślałem, chyba chińscy policjanci - obsesyjnie podglądający i kontrolujący własnych obywateli na wszelkie znane nauce metody - mają jakiś sposób, aby dowiedzieć się, kto do cholery zainteresował się telefonem. Bo przecież sygnał słyszałem, gdy dzwoniłem na jego numer.

Wkrótce przyszło dwóch policjantów w cywilu. Na początku powiedzieli, że mniemanie o tym, że kamery są wszędzie i władza nie robi nic tylko śledzi, są mylne. W miejscu, gdzie telefon był, a teraz nie było, akurat kamer nie ma, stwierdzili.

Powiedzieli także, że naczytałem się za dużo kryminałów jeśli myślę, że mogą wyśledzić telefon na podstawie chińskiej karty China Mobile. Hmmmm.

Następnie zniknęli. Po pół godzinie jeden z nich przyszedł i mówi: - You, come.

Wstałem, ale on spojrzał na mnie z politowaniem i mówi: - Twój komputer? Weź go. Twoja torba? Weź ją.

Brakowało, żeby zapytał o szczoteczkę do zębów.

Koledzy się trochę zaniepokoili, ale nie powiem, aby rzucili się desperacko w obronie. Panowie, mogłem potem być zniknięty na pustyni w Xinjangu...

Ale okazało się, że znaleźli telefon. Kazali wziąć komputer i resztę, bo to trzeba po prostu robić. Tak powiedzieli.

I co, nie ma kamer, ha?

08:29, radoslawleniarski
Link Komentarze (33) »
sobota, 09 sierpnia 2008
Wolontariusze Pekinu maszerują czwórkami

Dziś wpadłem na Marie Jose Perec w wiosce olimpijskiej i mnie trochę zatkało, w związku z tym nawet nie pomyślałem, żeby zrobić z nią wywiad, ani się umówić na wywiad. Kto pamięta długonogą Marie z igrzysk w Barcelonie w 1992 roku, z Atlanty w 1996, gdzie zdobyła dwa złota na 200 i 400 m, i z Atlanty w 1996 roku, to wie, że była zjawiskiem.

Ja pamiętam ją także z dzikiej awantury podczas igrzysk w Sydney w 2000 roku, kiedy stwiedziła, że atmosfery zaszczucia przez prasę nie da się wytrzymać. Wyjechała stamtąd nagle w nieznanym kierunku. Dziś już niestety przestała być rozpoznawalna. Co więcej, chciała jako telewizyjny korespondent wojenny zrobić wywiad z Tysonem Gayem (nie chcę iść w tanie chwyciarstwo i przypominać jej zdarzenia z Sydney w tym kontekście). Zderzyła się z luzackim: - Sorry guys, I can't talk. Ten - jakby powiedział telewizyjny komentator - szalenie sympatyczny biegacz, po prostu jej nie rozpoznał. OK, trochę przytyła, ale nadal to ona.

Podczas otwarcia Chińczycy pokazali, że potrafią zorganizować oszałamiające, przytłaczające widowisko z prawdziwie żołnierską dyscypliną. Zaplanowali wszystko jak wielką ofensywę na froncie mandżurskim. Jak ktoś zobaczył pluton trochę dziwnych wolontariuszy - mają koszulki przynależne ochotnikom i nikt inny takich nie nosi - pod IBC (International Broadcasting Center) i MPC (Main Press Center), to wie, dlaczego im tak świetnie wczoraj wyszło.

wolontariusze

woloontariusz2 

Nie wszystkie grupy wolontariuszy wyglądają tak jak ta, trzeba oddać sprawiedliwość.

Rzeczywiście nie wszyscy chodzą czwórkami, mają zielone wojskowe spodnie, wojskowe buty i śpiewają marszowe piosenki na komendę.

15:59, radoslawleniarski
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2