RSS
sobota, 29 listopada 2008
Koniec terroru w Mumbaju - list z Bangaluru

 
Wreszcie koniec. Akcja w Taj Mahal Palace zakończyła się po 60 godzinach od ataku, w Oberoju dużo wcześniej, mniej więcej w tym samym czasie co w Nariman House. Teraz będą liczyć zabitych w Mumbaju. Gazety donoszą o 156, ale prawdopdobnie będzie więcej ofiar. Być może nawet około 300. Przez kraj i przez informacyjne stacje telewizyjne przytoczyły się relacje z pogrzebów policjantów i antyterrorystów, którzy zginęli.
Dziś w Mumbaju odbył się pogrzeb (kremacja) szefa antyterrorytycznej grupy policji Hemanta Karkare, który zginął pierwszej nocy ataku (zdejmując kask i kamizelkę kuloodporną, co terroryści zauważyli i wzięli go na cel). Kilka tysięcy ludzi zebrało się na drodze konduktu do miejsca spalenie ciała. Zgodnie z rytuałem głowa zabitego była odkryta, co mocno wyeksponowało rany od kul w głowie. W Bangalurze, gdzie jest baza lotnicza i baza komandosów, i skąd pisałem wcześniejsze relacje, odbył się pogrzeb młodego majora z grupy antyterrorystycznej.
Na tych pogrzebach tłum zachowuje się tak, jak w piatek wieczorem przed Nariman House, gdzie “czarni komandosi” (w odróżnieniu od całej masy komandoskich jednostek w rożnokolorowych beretach) odbijali zakładników z żydowskiego ośrodka - skanduje poparcie dla armii. W piątek w nocy pod Nariman House ciężarówki z żołnierzami nie mogły się przez wąską ulicę przebić, przepchać między gapiami, ekipami telewizyjnymi, fotoreporterami i okolicznymi mieszkańcami, dziesiątkami kręcących sie bez celu policjantów, którymi wydawałoby się nikt nie kierował. Żołnierze przez megafony krzyczeli, że akcja się jeszcze nie skończyła.
Ale już około 22. się ostatecznie skończyła i podano informację, że pięcioro zakładników zginęło, w tym rabin i jego żona.
Wracając do bilansu, ale nie tylko bilansu ofiar.
Jeden ze złapanych terrorystów zeznał, że niedaleko Nariman Point desantowało się 16 przeszkolonych (w Pakistanie) do walki terrorystów. Podobno wcześniej dwóch innych wynajęło apartament w Taj Mahal Palace, dwóch kolejnych dostało pracę w hotelowej kuchni. To dawałoby liczbę 20.
Policzmy: jednego zabito niedaleko plaży Chowpatty, zaraz na początku wydarzeń, dwóch zabito w Oberoju, dwóch w Nariman House, trzech w Taj, jeden lub dwóch jest w rękach policji. To 9-10.
Złapany twierdził, że to nie była misja samobójcza, że terroryści chcieli ewakuować się morzem, dlatego zostawili w znalezionym pontonie GPS i satelitarny telefon.
Nie zdziwiłbym się więc - biorąc pod uwagę różnicę w liczbie desantowanych terorystów i zabitych terrorystów, oraz chaos, jaki panował przed oblężonymi hotelami - że niektórzy mogli się wymknąć.  
Bo chaos panował totalny.
Dotyczy to też mediów.

Praca elektronicznych mediów (tylko tę mogę obserwować z hotelowego pokoju w Bangalur) w kryzysie takim jak w Mumbaju jest po prostu imponująca i jednocześnie niepokojąca. A często przerażająca.
Komentator TV na miejscu pod Oberojem w samym epicentrum wydarzeń czytał z kartki listę osób, które są bezpieczne, które przed kilkunastoma minutami wyszły z hotelu. To coś niebywałego! Wyobrażacie sobie, że ktoś w Posce czyta taką listę, która jest niepełna, z której jedne nazwiska poda, inne opuści, bo nie może rozczytać, jeszcze inne przekręci (bo lista jest spisana ręcznie). Przez cały czas w TV na pasku na dole pędziły wpisy-apele od zaniepokojonych o losy bliskich ludzi jak ten: Alia do Vikrama: "Odezwij się. Denerwujemy się". Były ich dziesiątki.

Tyle, że to te same SMS-y, które pokazywano już w środę w nocy. Nikt ich nie zmienił, nie zweryfikował.

Komentatorzy TV nagabywali tych, których wyszli po 36 godzinach uwięzienia, są wyczerpani, wstrząśnięci, nie wiedzą co się dzieje z bliskimi, z przyjaciółmi i którzy wciąż powtarzają “no comments”. Nagabywali, bo nikt z policji nie zadbał o odcięcie tych biednych więźniów od reporterów, gapiów. Uwolnieni musieli przedzierać się samodzielnie przez tłum.
Kiedy reporterzy telewizyjni zobaczyli Hinduskę w podeszłym wieku, na wózku inwalidzkim, z maską tlenową na twarzy, otoczyli ją wianuszkiem, a raczej opasali ścisłym łańcuchem. Wkroczyła policja z długimi kijami, którą widziałem w akcji kilka dni temu przed Jama Masjid w Delhi. Biją brutalnie. Ale żeby wpadli na to, aby utworzyć korytarz, odseparować ofiary - na to nie wpadli.
A jednocześnie indyjscy reporterzy i kamerzyści byli mniej niż 100 metrów od wydarzeń. Leżeli plackiem niemal tam, gdzie agenci i policjanci, tylko nie mieli osłony, broni, ani informacji co się dzieje i co im grozi. I tak przez kilkadziesiąt godzin.

08:11, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
piątek, 28 listopada 2008
Terroryści nadal strzelają w Mumbaju - list z Bangaluru

Przed chwilą wojskowy dowódca operacji przyznał, że w Taj Mahal Palace, komandosi gwardii narodowej słyszeli głosy dwóch osób - mężczyzny i kobiety. Stąd wywnioskował, że co najmniej dwie osoby są jeszcze uwięzione. Być może są one z pozostałym przy życiu terrorytą, i być może jest więcej uwięzionych, bo Taj Palace to labirynt korytarzy, mnóstwo apartamentów, z których część jest zamknięta od wewnątrz i, jak stwierdził dowódca, ich sprawdzenie wymaga czasu. Pół godziny później w Taj słuchać było wymianę ognia i eksplozje. Ludzie schowali się za samochodami! Policja, media leżą na bruku. TimesNow TV relacjonuje przez mikrofon leżąc 100 metrów od wejścia do hotelu. Po 36 godzinach od ataku!


W tym samym czasie z Oberoia/Tridentu uwolniono kolejnych ludzi, w tym wielu obcokrajowców. Prawie setka wyszła. Armia twierdzi, że to niemal wszyscy. TimesNow TV pokazuje wielu wychodzących Japończyków, jest mężczyzna z dwu-trzymiesięcznym dzieckiem na ręku, krzyczący że to jego dziecko. Paniczne sceny, chaos, wkracza policja z długimi kijami. Niestety, chaos przed Oberojem spowodowały media, które chcą dowiedzieć się więcej. W hotelu ukrywa się wciąż terrorysta, który się ostrzeliwuje.
To przed Oberojem.

W Nariman House, gdzie jest ośrodek stworzony przez ortodoksyjnych Żydów z grupy Chabad Lubawitcz jest bodaj najtrudniej. Dopiero rano z helikoptera spuszczono na linach komandosów, których część zaległa na dachu, balkonach, tarasach domu. Jak mówią w TV komandosi poruszają się centymetr po centymetrze. Tylko że Nariman House jest malutki. W porównaniu do Taj i Oberoja/Tridenta jest pudełkiem zapałek. Podobno tam terrorysta/terroryści przetrzymują rodznę rabina i jego samego. W czasie gdy strzały odezwały się  w Taj, słychać było eksplozje w Nariman House.
W telewizji komentatorzy miotają się między zachwytem nad akcją przeprowadzaną na wielką skalę przez komandosów (właśnie komentator TimesNow krzyczał: „Naród powienien wstać i zasalutować tym dzielnym ludziom w mundurach“), a niezrozumieniem dlaczego to trwa tak długo, dlaczego od ponad 24 godzin armia powtarza co jakiś czas, że wyczyściła hotele z terrorystów, gdy w tym samym czasie słychać wymianę strzałów. Dlaczego Nariman House jest wciąż okupowany.
Jedna ze stacji stawia pytania:
Dlaczego komandosom zajęło 12 godzin, aby się dostać w pobliże pola akcji. Wezwano ich około północy z środy na czwartek, dwie i pół godziny po pierwszym ataku w Mumbaju. Trzy godziny minęły zanim wyruszyli ze swojej bazy, następne trzy godziny się przemieszczali do Mumbaju. Nie mieli map otoczenia pola walki, nie mieli dokładnych planów hoteli. Nie znali sytuacji na miejscu. A desant na Nariman House przeprowadzili dopiero dziś rano!
Dlaczego telewizję w hotelach odcięto dopiero w czwartek wieczorem. Do tego czasu w hotelach można było śledzić akcję dzięki relacjom w kanałach informacyjnych. Dlaczego nie odcięto zasilania w hotelach i nie użyto najnowszej technologii, pozwalającej na prowadzenie akcji w ciemnościach. Dlaczego najważniejsi dzielni ludzie w mundurach - trzej najlepsi w kraju fachowcy antyterroryści - zginęli w pierwszych godzinach ataku.
Wczoraj pisałem o książce Vikrama Chandry, w której jednym z bohaterów jest prawdziwy Dawood Ibrahim, muzułmański, potężny mafioso, którego podobno kryje pakistański wywiad ISI. Okazuje się, że być może właśnie on stoi za transoportem terrorystów, którzy z pakistańskiego Karaczi (tam też prawdopodobnie mieszka Ibrahim) przypłynęli morzem. Właśnie on stoi za zamachami bombowymi, które wstrząsnęły Mumbajem 15 lat temu.

07:38, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 listopada 2008
Mumbaj - czy następne noce mogą być gorsze

Pisząc, że sytuacja jutro może być w Mumbaju nawet gorsza niż w nocy ze środy na czwartek, czyli w czasie bitew z terrorystami, miałem na myśli reakcje tłumu na wydarzenia. 

Pod Taj Mahal Palace

TimesNow TV zadaje pytanie widzom. "Odpowiedzi proszę przysyłać sms-em. Pytanie brzmi: Jak wielu musi zginąć Hindusów z rak terrorystow, aby politycy się wreszcie obudzili". Kiedy plutony wojska wymieniały narodową gwardię, która nie dawała sobie rady pod Oberoiem, witały je oklaski i skandowanie. Pod Oberoiem zebrał się wielki tłum. Co chwila w hotelu, gdzie uwięzionych jest 40-50 zakładników, wybuchały kolejne granaty, sześć lub siedem. Pekaly szyby i gineli terrorysci. Czy tez zakladnicy? Tego w telewizji nie pokazali.
Podobne skandowanie slychac bylo pod Taj Mahal Palace, gdzie miałem szczęście zarezerować pokój od najbliższej niedzieli. Tam tez wciąż jest podobno około 40 uwięzionych, choć słuchałem w telewizji głównego szefa policji, który mówił, że operacja się zakończyła. Tymczasem oblężeni terroryści używają w Oberoiu zakładników jako tarcz.

Cicho było tylko w Nariman House, gdzie sześciu terrorytow przetrzymuje kilkunastu Żydów.

Skandowanie pod Oberoiem i Taj Mahal Palace jest naprawdę znaczące. Mam nadzieję, że to tylko wyraz poparcia dla wojska w trudnej sytuacji.

Szesc lat temu w Gudzaracie w zachodnich Indiach zginelo w zamieszkach 2000 osob, w wiekszosci muzulmanow, ktorzy zostali oskarzeni (slusznie, padly wyroki skazujace) o podpalenie pociagu z hinduskimi pielgrzymami do Ayodhya.

Kiedy w grudniu 1992 roku Hindusi zniszczyli meczet Babri w Ayodhya - tak, jest to wazne miejsce dla jednych i drugich - doszło do zamieszek, w których zginęło 900 osób. Najpierw - w nocy tuż po zdemolowaniu meczetu - na Hindusów rzucili się wściekli muzułmanie, a następnie na muzułmanów rzucili się Hindusi. Trwało to z przerwami od 6 grudnia do 20 stycznia 1993. Na koniec porządek zrobił gangster Ibrahim Dawood, ktorego opisuje Vikram Chandra w „Świętych grach”. W zamachach bombowych - dziele Dawooda i jego kolegi Tigera Memona - zginęło około 250 osob. W sumie od stycznia 2004 do marca 2007 zginęło w zamachach terrorystycznych w Indiach … 3674 osoby. Teraz ofiar jest już prawdodobnie ponad 4000, bo trzeba dodać kolejne setki z zamachów w Delhi (26-30), z Jaipurze (63) i teraz z Mumbaju (101). Plus pojedyncze ofiary pomniejszych wybuchów.
Więcej ofiar mają na koncie tylko terroryści działający w Iraku.
Jeszcze o Ibrahimie Dawoodzie. To też znaczące. W świetnej książce Hindusa Chandry, Ibrahima chroni pakistański wywiad ISI, ale zamieszki i zamachy były sprawka hinduskiego mocnego ganstera Ganesha Gaitonde (to chyba prawdziwy Arun Gaval, rodzimy mafioso zanagazowany w gielde i Bollywood), wynajętego przez organizację, która do złudzenia przypomina Abhinav Bharat. O niej w poprzednim wpisie. Książkowej organizacji zależy na wybuchu kolejnych zmieszek i pogonienie muzułmanów z Indii, które są tylko dla Hindusow.
Prowadzacy Ibrahima szef wywiadu - prawdopodobnie chodzi o kontrowersyjnego Javeda Nasira, ale w postaci szefa można odnaleźć podobieństwa do kilku dowodców ISI, jak na przykład Hamida Gula - ma hobby. Robienie na drutach.

11:40, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
Zamachy w Indiach - list z Bangaluru

Piszę z Indii, gdzie jestem od kilku dni. Muszę wam o tym napisać na gorąco. Zginęło 101 osób, 250 osób jest rannych, terroryści wciąż przetrzymują kilkudziesięciu zakładników.

Wstrząs i szok. Jestem właśnie w Bangaluru i w niedzielę miałem znaleźć się w Taj Mahal Palace w Mumbaju. Z hotelowego basenu wyłowiono tam właśnie kilka ciał - mówią w TimesNow TV. Pokazują też film, jak z pędzącego policyjnego jeepa terroryści (którzy użyli dwóch policyjnych pojazdów) strzelają w grupkę dziennikarzy, fotoreporterów i operatorów kamer. Jeden pada na ziemie i jest odciągany za nogi w bezpieczne miejsce. 

Największe wrażenie robią zdjęcia ze szpitala Cama w Mumbaju - kule w ścianach, krew na podłodze. Terroryści zaatakowali kilka miejsc w Mumbaju, 16-milionowym miescie-molochu. W tej chwili słychać eksplozje w hotelu Trident/Oberoi, gdzie trzy, lub cztery grupy komandosów z różnych jednostek próbują odbić 40 zakładników. Są strzały w Nariman House. Na ulicach w pobliżu hoteli i zaatakowanych miejsc władze prowadzą chaotyczną akcję. Telewizja pokazuje setki apeli zrozpaczonych krewnych i przyjaciół o kontakt.

Nie wiem, czy zostanę w Indiach do przyszłego czwartku jak planowałem. Do tego czasu same zamachy będą w Indiach przerażającym wspomnieniem. Ale będą też śledztwa, oskarżenia, będą one wykorzystywane w polityce, a to może zakończyć się równie przerażająco, o ile nie nawet bardziej. Ludzie wiedzą, że ataki przeprowadzili muzułmanie, więc mogą zareagować w sposób po prostu szalony, co już nie raz się w Indiach, w Mumbaju zdarzało. Telewizja daje informacje, że część terrorystów przypłynęło drogą morską z pakistańskiego Karaczi. Muzułmański Pakistan jest w Indiach oskarżany o wszelkie zło, a największym belzebubem jest pakistański wywiad ISI. Mówią w telewziji, że terroryści byli uzbrojeni w rzadką broń, trudno dostepną na czarnym rynku, niemieckie pistolety maszynowe MP5 (oprócz AK47), co znów rzuca podejrzenie na jakieś wrogie służby specjalne.

Z drugiej strony kilkanaście dni temu aresztowano pułkownika indyjskiej armii Prasada Purohita, który jest teraz głównym oskarżonym o zamach bombowy w Maleagone, zatrzymano działaczkę nacjonalistycznej, radykalnej organizacji Abhinav Bharat (Nowe Indie), skarbnika partii - zamieszanych w ten zamach. Jej szefem jest kuzynka zamachowca, który porwał się na Mahatme Gandhiego w 1948.

Ale wróćmy do Mumbaju.

Wiadomo, że w Mumbaju wczoraj wieczorem nigdzie nie było bezpiecznie. Dwóch terrorystów strzelało i rzucało granaty w największym na świecie dworcu kolejowym - Victoria Station. Inni zaatakowali szpital Cama and Alblens, jeszcze inni znany multipleks Opera, wreszcie kolejne grupy wzięły zakładników w Oberoi, Taj Mahal i Nariman House.

W Oberoju, Taj Mahal Palace pytali ludzi o paszporty brytyjskie i amerykańskie. W Nariman House jest centrum żydowskie w Mumbaju i tam terroryści wzięli rabina i jego żonę jako zakładników.

Co się stanie dalej, nie wiem. Jeden terrorysta jest przesłuchiwany, znaczy żywy.

Akcje przeprowadziła grupa Mudżahedinow Dekanu, ale czy ta sama, ktęra pod koniec września robiła podobną akcję w Delhi. Tamci nazywali się Hinduscy Mudżahedini. Wtedy w pięciu miescach wybuchły bomby, zginęło 26 osób. Ale nikt tam nie brał zakładników.

Dramat Indii wobec tego jest coraz intensywniejszy. Mudżahedini chcieli zrobić coś jeszcze bardziej spektakularnego, zwrócić uwagę świata. Przeprowadzić hinduski 9/11. Już zginęło 101 osób, nie wiadomo co będzie z zakładnikami.

09:01, radoslawleniarski
Link Komentarze (19) »
piątek, 21 listopada 2008
Co z tym Lewandowskim?

 Lewandowski

Jeszcze o Lewandowskim, bo uważam, że to strasznie ważne, jak rozwinie się ten rzadki talent. Dawno nie było w reprezentacji piłkarza, który łączyłby w sobie młodość, umiejętności, talent napastnika, warunki fizyczne. I, co uważam za jedną z najważniejszych cech piłkarza, zdolność do adaptacji. Niejeden się tu rozłożył, że tak powiem.

Na pewno rozgorzeje dyskusja, gdzie powinien się rozwijać - w Polsce czy za granicą. I jeśli powołać się na kilka przykładów, można śmiało powiedzieć: na dwoje babka wróżyła. Bo jest i Matusiak, który bez powodzenia zaatakował Serie A i Błaszczykowski, który wtopił się w Bundesligę, że przytoczę tylko dwa najbardziej spektakularne w ostatnim czasie.

Najpierw o Lewandowskiego ilości gry.

W ligach, w których gra się z większą intensywnością, 1500 minut w połowie listopada, po blisko 20 okazjach (kolejkach ligowych, Pucharach itd.) to nie jest mało. Liga włoska, angielska - tam niewielu piłkarzy gra dużo więcej niż Lewandowski, a z pewnością mają lepsze warunki do odnowy.

Lewandowski zagrał w Lechu dobrze ponad 1500 minut. Czy to jest mało, czy dużo? Czy 20-letniemu piłkarzowi pomoże więcej gry w rozwoju?

Moim zdaniem może śmiało grać więcej. Nie jest 16-latkiem. Jest w pełni ukształtowanym mężczyzną. Weźmy kilku piłkarzy do porównania i sprawdźmy, ile grali w jego wieku i ile później. Czy był w ich karierze okres ochronny dla młodego piłkarza, potrzebny aby go „nie wypalić"?

Moim zdaniem jeśli był, to wtedy, gdy piłkarz był sporo młodszy.

20-letni Rooney grał 43 mecze w sezonie średnio po 78 minut, czyli niemal dokładnie tyle, ile teraz, gdy ma 23 lata. Lampard, Gerrard grali jako 20-latkowie 50 meczów w sezonie i nadal tyle grają. W Premier League w ogóle widać różnicą między, powiedzmy, 16-latkiem, a 20-latkiem. Natomiast 20-latek i 30-latek grają mniej więcej tyle samo. Fabregas jako 16-latek rozegrał 45 meczów średnio po 66 minut, a jako 20-latek grał 54 meczów średnio po 84 minuty. 18-letni Ronaldo grał 40 meczów po średnio 60 minut, a 23-letni już 48 meczów średnio po 84 minuty.

Więc ja się skłaniam ku temu, że Lewandowski powinien grać jak najczęściej, z oczywistym, krótkim okresem wprowadzenia, który właściwie już minął.

Ostatecznym argumentem jest jego zdolność do adaptacji - na co zwrócił uwagę kolega Marcin Gadziński. Co bardzo ważne u piłkarzy - jestem pewien, że ta zdolność zmniejsza się z wiekiem.

Na razie facet z niezwykłą łatwością przeskakuje kolejne, coraz wyższe poprzeczki. Po Zniczu (jak tam było, mówi Smuda przytoczony w jednym z komentarzy) Lech - kontrakt w czerwcu. W Lechu Puchar UEFA, 120 minut z Austrią Wiedeń, krótki debiut z reprezentacją, bramka w tym debiucie, kolejne meczu u Beenhakkera. Może się w głowie zawirować, ale jemu nie wiruje.

I mam nieodparte wrażenie, że on może jeszcze lepiej, że tak naprawdę to partnerzy muszą nauczyć się go wykorzystywać.

16:02, radoslawleniarski
Link Komentarze (12) »
czwartek, 20 listopada 2008
Lewandowski mon amour

Dawno nie zachwyciłem się polskim napastnikiem tak bardzo jak Robertem Lewandowskim. Nawet nie chodzi o tę wspaniałą bramkę w Dublinie.

 

Lewandowskiego pierwszy raz widziałem gdy grał w San Marino, ale kilka dni potem gigantyczne wrażenie zrobił na mnie w meczu z Wisłą.

Kiedy ostatnio w reprezentacji zagrał 20-letni napastnik lub młodszy i to bez strachu w oczach? Wojciech Kowalczyk w 1991 roku? Miał wtedy 19 lat.

OK, Lewandowskiemu łatwiej było zdobyć w debiucie bramkę w meczu z San Marino, niż Kowalczykowi ze Szwecją. Jednak Lewandowski ma moim zdaniem większe możliwości od Kowalczyka. Wysoki, szybki i sprawny - bramka w Dublinie jest dowodem sprawności - a w dodatku dość ostrożnie prowadzony.

Mógłbym tylko pokręcić nosem, czy nie za ostrożnie. Czy rzeczywiście Smuda dobrze robi, że Lewandowski gra tak mało. No, nie wiem.

Spójrzmy: Na 14 kolejek ligowych Lewandowski zagrał osiem razy 90 minut. W sumie 1045 minut, plus jeden mecz w Pucharze Polski, plus sześć meczów w Pucharze UEFA w tym dłuuuuugi rewanż z Austrią. Czyli w sumie w 21 występach zagrał 1523 minuty w tym sezonie. Czyli mniej więcej 17 pełnych spotkań klubowych plus minuta ze Słowacją (niestety być może najważniejsza minuta w eliminacjach), 20 minut z Czechami, 30 minut z San Marino. No, i Irlandia.Ja bym mu dał więcej pograć.

14:42, radoslawleniarski
Link Komentarze (11) »
środa, 19 listopada 2008
Całe złoto Hiszpanii to doping a nie prezes Paszczyk?

Dziś tj. w środę Piotr Nurowski ze swoją zwykłą, teatralną emfazą pożegnał na warszawskim cmentarzu swojego poprzednika na stanowisku szefa PKOl Stanisława Stefana Paszczyka.

Prezes Nurowski powiedział między innymi, że Paszczyk „przeszedł drogę od 16-letniego skoczka wzwyż na Czwartkach Lekkoatletycznych poprzez bielańską Akademię Wychowania Fizycznego, stołeczne szkoły i klub Skra, poprzez Meksyk i Hiszpanię do kierowania polskim sportem i polskim ruchem olimpijskim." Faktycznie, Paszczyk wrócił do Polski z Hiszpanii na początku lat 90. w glorii twórcy sukcesów gospodarzy na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku. Był tam doradcą, sam to sprawdziłem dzwoniąc wówczas do hiszpańskich władz sportowych, gdy jeszcze pracowałem w gazecie „Nowa Europa". Z tej Hiszpanii Paszczyka to się często również naśmiewaliśmy, gdy tylko o niej wspominał, a robił to często (naśmiewaliśmy się, bo sami przyznacie, że w Polsce nie do końca mu się udawało).

 

Fermin Cacho 

Daniel Plaza

 

(na zdjęciach złoci medaliści na 1500 m Fermin Cacho i w chodzie na 20 km Daniel Plaza)

 

Mimo to, jak Paszczyk mówił o sporcie, to wiedział co mówi - to komplement, choć nieraz go na łamach „Gazety" krytykowaliśmy.

I jak na złość - w takim dniu - odezwała się Cristina Perez, żona dr Eufemio Fuentesa (to ten doktor stojący za największą aferą dopingową świata, w którą zamieszanych jest około 200 nazwisk sportowców, zarzuty dopingu postawiono kilku).

Perez dla lokalnej hiszpańskiej gazety„La Provincia" powiedziała między innymi: - Wiem, co działo się w Barcelonie. Jest to jednak jak puszka Pandory i będę cicho z powodu szacunku dla moich kolegów i ich poświęcenia. W innym wypadku zawaliłby im się cały ich mały świat.

 

O ile dobrze rozumiem, żona osławionego doktora zasugerowała, że 13 złotych medali (dwaj triumfatorzy na powyższych zdjęciach, w Barcelonie złoto zdobył jeszcze jeden przedstawiciel konkurencji wytrzymałościowych - Jose Moreno, kolarz w sprincie na 1000 m), 7 srebrnych i dwa brązowe, jakie cudownie zdobyli Hiszpanie w Barcelonie, to jednak zasługa medycyny.

Ponieważ żona dr Faustusa była sportsmenką, a nawet ukarano ją za doping przed igrzyskami w Seulu, może ona wiedzieć co mówi - całkiem jak Paszczyk wypowiadający się o olimpijskim sporcie.Jeśli to prawda co mówi pani Perez, biedny prezes Paszczyk. Moim zdaniem, on naprawdę wierzył, że był twórcą olimpijskiego sukcesu Hiszpanii.

PS. W sprawie poprzedniego wpisu - do Przemeo: Nie porównywałem samochodów, ani kierowców. Chciałem wyrazić swój szacunek dla Sebastiena Loeba, który nieźle dawał sobie radę w Barcelonie. Jest genialny.

19:01, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 listopada 2008
Loeb jedzie prawie jak Kubica
W tym przypadku prawie robi sporą różnicę.

Pięciokrotny mistrz świata w rajdach Sebastien Loeb po raz drugi w życiu zasiadł za sterami bolidu F1 - Red Bull-Renault - i na oficjalnych tym razem testach miał ósmy czas, tylko 0,16 s gorzej od Roberta Kubicy. Loeb był już w kokpicie na Silverstone (ok. 100 km, ale nie rywalizował z żadnymi innymi kierowcami i jeździł samochodem Renaulta), w Barcelonie przejechał 82 okrążenia (ponad 380 km).

 

Kurczę, jak on sobie dał radę bez pilota?

Kto mu mówił „200, prawy trzy plus, przyciąć”?

Ten zaskakująco dobry wynik Loeba w Barcelonie - nawet jeśli nie były najbardziej wygodne siedzenia po wysokim Marku Webberze czy (również) wyższym niż Loeb Davidzie Coulthardzie - jest też optymistyczny dla Kubicy, który wielokrotnie mówił, że myśli o rajdach.

Czyli kierunek przeciwny wędrówki.

19:30, radoslawleniarski
Link Komentarze (2) »
Samochód Kubicy szokuje w Barcelonie
Nowy samochód BMW robi wrażenie szokujące. Czub w górze, przednie spojlery połączone wysokimi słupkami i szerokie, tylny spojler bardzo wysoki i bardzo wąski - oczywiście wszystko zgodnie z nowymi wymaganiami dla aerodynamiki.

W Barcelonie na pierwszych posezonowych testach BMW jest najpełniejszym samochodem najbliższej przyszłości. Przynajmniej pod względem pomysłów aerodynamicznych, bo chyba nie bardzo wiadomo co jest w śrdoku. KERS musiał być jakoś badany, co pokazują zdjęcia techników w rękawicach gumowych - to efekt porażenia prądem jednego z nich podczas wcześniejszych prób.

Samochód przyszłości?

Wygląda jak pojazdy sprzed kilkunastu lat.

Dla porównania, oto nowe BMW Sauber

 

 

To Benetton Schumachera z 1994 roku:

To Williams Villeneuve'a z 1997 roku

I Ferrari Schumachera z 2001 roku

Wszędzie podobne rozwiązania skrzydeł przednich, w samochodach z połowy lat 90. podobna jest wysokość i szerokość tylnych skrzydeł.

P.S. Trochę z podobnymi skrzydłami przesadziłem. Przednie z Barcelony są równie szerokie jak bolid (a raczej zewnętrzny obrys opon), te tylne są o wiele wyższe niż pokazane wczesniejsze modele.

W Barcelonie po prostu BMW pokazał najpełniejszą aerodynamikę na 2009 rok. Inne zespoły pokazały częściowe rozwiązania. Co to może znaczyć? Chyba to, że rzeczywiście Niemcy są z przodu, a razem z nimi Kubica.

 

13:53, radoslawleniarski
Link Komentarze (6) »
piątek, 14 listopada 2008
Naprawianie ego Gołoty

Co prawda szefowie Polsatu twierdzą, że temat jest zmyślony od A do Z, i że Zygmunt Solorz ma na głowie poważniejsze rzeczy niż walka Andrzej Gołota - Tomasz Adamek, ale jest ona warta jednej myśli. Gołota (który nie wypowiada się na ten temat) wreszcie i chyba po raz pierwszy nie spotkałby się z kimś, kto by go mógł przewrócić na deski w pierwszej rundzie.

Gołota i Adamek

Zdjęcie Marty Błażejewskiej z „Gazety”

To ci dopiero byłoby wyleczenie zdruzgotanego gołotowego ego - pokonanie o 20 kg mniejszego człowieka. Myślałem że ten etap życia Gołota ma już za sobą.

Jeśli już zastanawiać się nad tą walką - Adamek wcale nie byłby bez szans nawet teraz, zważywszy wielką różnicę szybkości. Gołota jest po prostu teraz ciężkim, wielkim człowiekiem. W przenośni - rodzajem buldożera na gąsienicach. Wystarczy porównać go z tym zawodnikiem, który bił się z Bowe w 1996 - ile tam zadawał ciosów, jak przemieszczał się po ringu, jak operował lewą ręką (zwróćcie szczególnie uwagę na to ostatnie - poniżej dla porównania walka z Batesem).

 

A teraz będą jemu operować. Adamek po prostu zamęczyłby go nękaniem, Gołota prawdopodobnie nie miałby czasu na zadawanie groźnych ciosów.

Jednak, aby walczyć nie ze steranym pięściarzem jakim jest teraz Gołota, ale z kimś naprawdę dobrym w wadze ciężkiej, Adamek musiałby stopniowo dochodzić do najwyższej kategorii, bo mimo wszystko nie jest Royem Jonesem Jr z najlepszych lat Amerykanina. A przechodzenie do wyższej kategorii nie polega na zjedzeniu ośmiu bigmaków dziennie przez dwa tygodnie.

Pisałem o tym w kwietniu - powstał artykuł Adamek Wszechwag. Zobacz tutaj.

Inny znany przypadek: Chris Byrd, który w dwa lata przybrał na wadze o 20 kg był technicznym geniuszem a na dodatek leworęcznym pięściarzem. To gigantyczne plusy - na czele prestiżowego rankingu boxrec.com wagi ciężkiej jest dwóch pięściarzy leworęcznych w najlepszej piątce, zaś w wadze półciężkiej aż trzech w najlepszej piątce. Wreszcie Evander Holyfield: przez cztery lata walczył w junior ciężkiej i dopiero, kiedy zdobył w niej wszystko, wskoczył do ciężkiej. Z 80 kg w debiucie na zawodowym ringu do 95.

14:35, radoslawleniarski
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2