RSS
piątek, 27 lutego 2009
Czy Banks to leń? Adamek to sprawdzi

Kliczko i Banks

(to zdjęcie Banksa i Kliczki, zrobione w Palm Beach, stylizowane na słynną sesje Mumammada Ali w basenie, chybaśmy wszyscy o tej ładnej fotce przeciwnika Adamka zapomnieli. Pisałem o analogii tu)

Ali w wodzie

W środę miałem sądny dzień. Asystentka trenera Banksa tego słynnego, wielkiego Emanuela Stewarda zasugerowała, aby zadzwonić do niego o 9. rano, potem powiedziała, żeby za trzy godziny, potem już sam wielki Emanuel stwierdził, że za 20 minut, a następnie na przemian miał wyłączony telefon, lub nie podnosił słuchawki.

Kiedy o 0.30 szedłem spać, a czwartkowa „Gazeta Wyborcza” dawno odjechała do druku, postanowiłem wykonać ostatnią próbę. Dopiero wtedy usłyszałem roześmiany, nie wiedzieć czemu, głos: „Helo, helo, helo, tak pamiętam, pamiętam, to ty jesteś tym Polakiem, który mnie goni cały dzień i myśli, że ja uciekam.”

Powiem wam, że gdy Steward mówił o Banksie, wcale nie brzmiał przekonująco. Zwłaszcza we fragment, kiedy mówił o etosie pracy. Jeśli trener jest przekonany o tym, że jego zawodnik zapieprzał, tak że pocił się powiekami, to mówi o tym bez ogródek, wychwalając swoją ukochaną pracowitą mrówkę. A nie twierdzi, że „Władimir Kliczko, ten to pracuje na treningu. To jest prawdziwy etos pracy”.

Wybrażacie sobie, że Gmitruk zapytany o to, czy Adamek jest dobrze przygotowany odpowiada: „Mariusz Wach, ten to zasuwa. Można się od niego uczyć etosu pracy”.

Tomasz Adamek

Nigdy tak by nie powiedział, bo to by oznaczało jedno. Że Adamek to leń.

No, więc co znaczą słowa Stewarda?

Że Banks ma problem. Nie jest wystarczająco zmotywowany do pracy.

Moim zdaniem, oczywiście.

A to, że Adamek zrobił wszystko, absolutnie wszystko, aby się do walki przygotować, to pewne. Że jest szybki, to pewne. Że jest lepszy, to pewne.

Ale czy wygra, to już nie jest pewne. Więc trzymam kciuki za Tomka.

15:59, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 24 lutego 2009
Jak powinien nazywać się narodowy stadion?

Czy powinien mieć imię Ryszarda Siwca, który dokonał samospalenia podczas centralnych dożynek w 1968 roku, w proteście przeciw inwazji na Czechosłowację? O tym pisze dzisiejsza ”Rzeczpospolita”. Takie plany mają niektórzy politycy.

Jestem zdania, że powinniśmy znaleźć dla niego właściwsze miejsce.

Siwiec był postacią wielką i tragiczną. Czuł więcej niż inni. Wrażliwość popchnęła go do czynu niezwykłego, ostatecznego. Wydarzenie i sam jego bohater zostały usunięte przez komunę w niebyt, a za wolnej Polski należycie nie docenione, nie przypomniane, nie uszanowane. Zasługuje na obszerne miejsce w świadomości Polaków - przyznam tu, że czuję niestosowność sformułowania, bo słowo „zasługuje” jest zbyt mierne, no i nie mnie oceniać zasługi Ryszarda Siwca.

A jednak, czy Siwiec powinien być patronem stadionu narodowego, miejsca gdzie ludzie będą się cieszyć sportem? Czy to jest właściwe miejsce, aby oddać mu honor? Jaki jest jego związek ze sportem?

Powtórzę jeszcze raz - Siwiec odebrał sobie życie w akcie desperackiego i przerażającego protestu przeciw interwencji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Zrobił to podczas dożynek, na obiekcie służącym głównie do politycznych wieców, dętych manifestacji poparcia narodu dla partii i państwa. Tego stadionu już nie ma - został zrównany z ziemią, ślad po nim nie pozostał.

Czy patronem nie może być któryś z wielkich sportowców lub trenerów?

Kazimierz Górski

Było ich kilkoro, tych największych sportowych bohaterów. Kazimierz Górski (na zdjęciu), Feliks Stamm, Irena Szewińska (przypomnę, że jest lotnisko im. Lecha Wałęsy, nie ma przepisu, że patron musi nie żyć, choć w czasach stanu wojennego akurat pani Irena nie spisała się na medal), Hubert Wagner, Bronisław Malinowski, Władysław Komar, bokserzy, sztangiści, pływacy i wielu innych, którzy zasłużyli na to, aby stać się patronem stadionu, alei dojazdowej, przystadionowego skweru, czy ronda.

Czy nie lepiej położyć tablicę pamiątkową tam, gdzie Ryszard Siwiec dokonał swojego wielkiego gestu-symbolu, oddać mu honor nazywając jego imieniem ważną ulicę Warszawy, ważny budynek publiczny związany z historią, z AK (Siwiec był żołnierzem AK), z oporem przeciw komunie, a stadion oddać sportowi?

10:11, radoslawleniarski
Link Komentarze (7) »
czwartek, 19 lutego 2009
Kamila Skolimowska nie żyje

Jestem wstrząśnięty, ale musiałem się pozbierać. Jako redaktor, który prowadził środowe wydanie „Gazety” musiałem się pozbierać, aby czytelnicy dowiedzieli się o sukcesie polskich drużyn w siatkarskiej Lidze Mistrzów i wiedzieli, na co stać Lecha Poznań w Pucharze UEFA. I aby dowiedzieli się o śmierci Kamili Skolimowskiej.

Kamila w Sydney

(zdjęcie Kuby Atysa z igrzyska w Sydney zaraz po wielkim finale)

To chyba ten obowiązek spowodował, że tragiczna informacja z Portugalii nie rozbiła mnie całkowicie, nawet gdy rozmawiałem o śmierci Kamili ze wstrząśniętym Jerzym Skuchą, nowym szefem lekkoatletyki, który z trudem układał zdania.

Nie zdołała uderzyć mnie ta informacja od razu i z pełną siłą i dopiero teraz, gdy piszę, uświadamiam sobie jak mocne to uderzenie. A potem znów nie wierzę, bo przecież pamiętam nie tylko 2000 rok i Stadion Australia, gdzie jako osiemnastka chwyciła Pana Boga za nogi: w debiucie nie tylko swoim, ale też w debiucie swojej konkurencji zdobyła złoty medal.

Pamiętam też i to, że w chwilach wielkich i mniejszych - takich też było sporo, bo przecież gigantyczny sukces w pierwszym starcie spowodował, że sportowo spełniła się jeszcze zanim na dobre się rozwinęła jej sportowa kariera - była podobna, z dystansem do siebie, ale też harda i odważna.

W Paryżu podczas mistrzostw świata w 2003 roku, całkiem dla niej nieudanych, mówiłem do niej: „Pani Kamilo, dlaczego pani się tym startem nie denerwuje? Dlaczego nie było przy tych nieudanych rzutach żadnych emocji, wściekłości na siebie, na spaloną próbę? Wygląda, jakby robiła to pani na pół gwizdka, jakby zniknąła gdzieś energia, a pani się tym nie przejmowała.”

Odpowiedziała hardo patrząc mi w oczy: - Tak, nie miałam nieprzespanej nocy po finale, i co? Zjadłam z apetytem kolację. Wróciłam późno do wioski i szybko zasnęłam w łóżeczku.

Przeżywała sport inaczej, co nie znaczy, że mniej intensywnie.

00:20, radoslawleniarski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 16 lutego 2009
To doping jest rakiem, nie Armstrong
Tour of California przyniósł ważną sprzeczkę między dziennikarzem a gwiazdą kolarstwa - obaj z trudem utrzymywali nerwy na wodzy.

Irlandczyk Paul Kimmage, obecnie z „Timesa”, pokonał kiedyś Tour de France, a teraz pisze o kolarstwie.

Lance Armstrong pokonał siedem razy wszystkich innych kolarzy w Tour de France, a wcześniej pokonał raka złośliwego, teraz chce zwalczyć go na świecie.

Kimmage powiedział pół roku temu, gdy Armstrong ogłosił, żę chce wrócić, że „przez cztery lata rak się w kolarstwie cofnął, ale teraz następuje nawrót choroby”, mając na myśli powroty dopingowiczów. Faktycznie doping jest rakiem kolarstwa, a wokół Armstronga krążą podejrzenia*.

Dziennikarz uważa, że widział pozytywne oznaki kuracji w zeszłym roku, które z powodu powrotu Armstronga znikną. Przypomina, że Armstrong wrócił do zawodowego kolarstwa nie poddając się procedurze półrocznego monitorowania antydopingowego - to psucie przepisów.

Armstrong mówi, że wraca, aby walczyć z rakiem.

Dziennikarz twierdzi, że dzięki powrotowi Armstronga usprawiedliwią się we własnych oczach inni dopingowicze, którzy twierdzą, że i tak wszyscy biorą. W samym Tour of California startują Floyd Landis, Ivan Basso, Tyler Hamilton i David Millar - wszyscy po aferach dopingowych, ukarani, choć nie wszyscy się przyznali. Dziennikarz uważa, że Armstrong ich werbalnie wsparł.

Armstrong uważa, że wsparł ich, bo zasługują na to jako ludzie i odbyli kary. I że Landis nigdy nie przyznał się do dopingu, walczył z oskarżeniami z całych sił, stracił na to majątek i nie tylko. - Jest wiele faktów, które go obciążają, ale też wiele na jego korzyść - mówi Armstrong. - Nie ma zamiaru przyznać się tylko dlatego, żeby zapewnić sobie spokój.

Millar jest dobrym człowiekiem, którego zawsze lubiłem. Wrócił, jesli będzie szybki, to wszystko w porządku. Któż z nas nie popełnił kiedyś błędu - pyta Armstrong.

Dziennikarz przytacza obietnicę Armstronga, gdy ten ogłaszał powrót do sportu - że dobrowolnie wprowadzi w życie niezależny program antydopingowy, który będzie transparentny, prowadzony przez słynnego, renomowanego eksperta Dona Catlina. Że będą publikowane wyniki badań.Catlin odszedł, z cotrzydniowych badań Armstrong opublikował na swojej stronie www.livestrong.com siedem: dwa z października, jeden z listopada, trzy z grudnia i jeden z kwietnia.W sprawie transparentności: dziennikarz, który napisał o Armstrongu jak o raku, nie dostał możliwości przeprowadzenia wywiadu z kolarzem, choć wielokrotnie wysyłał prośby. - Nie będę rozmawiał z kimś, kto uważa, że jestem rakiem - mówi kolarz.

Powinien?

* szczególnie po publikacji dziennika l'Equipe, który w sierpniu 2005 napisał, że w sześciu próbkach Armstronga był syntetyczne EPO.

Z informacji dziennika wynika, że w 2004 roku w laboratorium Chatenay-Malabry pod Paryżem zaczęto przeprowadzać testy na EPO, korzystając z zamrożonych próbek B z 1999 i 1998 roku. Aż 12 było pozytywnych. Wykryto w nich syntetyczny hormon erytropoetynę (EPO) wprowadzony sztucznie do organizmu. Po porównaniu przez dziennikarzy "l'Equipe" sześciocyfrowego kodu z próbki moczu i z certyfikatu medycznego kolarza sporządzanego zawsze przed badaniem okazało się, że sześć z nich pochodzi od Lance'a Armstronga, pomnika kolarstwa!

EPO pomogło mu na pewno 3 lipca 1999 roku w zwycięskim prologu w Puydu-Fou oraz na 1. etapie Montaigu - Challans, na 9. górskim Grand-Bornand - Sestrieres, w którym zwyciężył (na wcześniejszym, ósmym etapie - jeździe na czas - wywalczył żółtą koszulkę i nie oddał jej do końca wyścigu). Na kolejnym wybitnie górskim, z Sestrieres do L'Alpe d'Huez, na 12. z Saint-Galmier do Saint-Flour, wreszcie na 14. z Castres do Saint-Gaudens.

Dlaczego dopiero teraz, po zakończeniu kariery przez Armstronga, badano pod kątem EPO próbki sprzed sześciu i siedmiu lat?

W tamtym czasie metody wykrywania EPO były niepewne, nie miały standardów, procedur itd. Żadna federacja sportowa nie uznawała ich wyników, zawodnicy buntowali się przeciwko ingerencji w ich organizmy (aby odkryć sztuczne EPO zgodnie z procedurami, do niedawna trzeba było najpierw pobrać krew i sprawdzić poziom hematokrytu), więc w praktyce nie były stosowane. Dopiero afera w Tour de France w 1998 roku popchnęła wykrywanie EPO do przodu. Wtedy w zatrzymanym samochodzie grupy kolarskiej Festina znaleziono mały skład apteczny wraz z EPO i strzykawkami.

Jeszcze przed igrzyskami w Sydney w 2000 roku farmakolog z Chatenay-Malabry Françoise Lasne wynalazła sposób wykrywania EPO w próbkach krwi, zaś Australijczycy potrafili znaleźć EPO w moczu. Ale już od 1998 roku laboratorium w Chatenay-Malabry zaczęło kolekcjonować próbki, aby w przyszłości je wykorzystać.

15:27, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2009
Lżejsza siła wagi ciężkiej

W piątek w Goeteborgu odbył się pogrzeb Ingemara Johanssona, szwedzkiego mistrza wagi ciężkiej. W czasach, gdy telewizory nie były dobrem powszechnym nawet w Szwecji, na stadionie Ullevi jego pojedynek z Eddie Machenem chyba w 1960 roku obejrzało ponad 50 tysięcy ludzi, przy czym się nie naoglądali, bo Machen trzy razy leżał w pierwszej rundzie.

Johansson tytuł zdobył sensacyjnie pokonując Floyda Pattersona - pewnie co drugi Szwed słuchał radiowej transmisji z Yankee Stadium.

Johansson i Bimstein

(to zdjęcie jest z ich drugiej, rewanżowej walki na Polo Grounds też w Nowym Jorku, po lewej stronie trener Bimstein o którym będzie niżej. Szwed przegrał w piątej rundzie z 15 zakontraktowanych, to była Walka Roku według The Ring)

Johansson, który chwalił się, że w prawej pięści drzemie Młot Thora, faktycznie kładł Amerykanina siedem razy, zanim sędzia przerwał pojedynek.

To był ten jeden, jedyny raz, kiedy Johansson był mistrzem świata. I wystarczyło, Szwecja zwariowała na punkcie Johanssona, jeśli ktokolwiek może sobie wyobrazić szaloną Szwecję. Mimo późniejszych dwóch porażek - przez nokaut - z Pattersonem, „Ingo” w głosowaniu na najpopularniejszego szwedzkiego sportowca XX wieku przegrał tylko z Bjoernem Borgiem i Ingmarem Stenmarkiem.

Johansson w jeszcze jednym zapisał się w historii boksu - mianowicie miał swój epizod w życiu Muhammada Ali.

W długim wywiadzie dla „Gazety” w 2002 roku trener Muhammada Ali Angelo Dundee wspominał - a trzeba przyznać, że potrafił gadać dowcipnie, ze swadą, z melodią, intonacją, rytmem, tak, że jego głosu po prostu chce się słuchać - jak młody Ali (jeszcze wtedy wciąż nazywał się Cassius Clay, bo - rok po złocie na igrzyskach w Rzymie - miał 19 lat) został „zaproszony” przez Johanssona na sparing.

Fajna historia, więc ją przytoczę. Zresztą fajne też wspomnienie, bo spotkałem się z nim po naprawdę ciężkich igrzyskach w Salt Lake City w 2002 roku, gdzieś na klasycznym zadupiu na Florydzie, kilkadziesiąt kilometrów od Miami na południe. Było cudownie ciepło, dookoła palmy, no i do tego umówiony wywiad z kimś, kto tworzył historię sportu.

Dundee wspominał, że pewnego dnia chyba w 1961 roku, w West Palm Beach zagadnął go trener Szweda Whitey Bimstein, z którym się dobrze znali: „- Nie masz tam jakiegoś szybkiego na składzie? - zapytał Bimstein [ewidentnie szukając sparingpartnera o charakterystyce Pattersona, który ważył ledwie 82-83 kg, a Ali w tamtym czasie też koło 85-88 kg]. A jakże, mam! - zawołałem: „Cassius! Chcesz poboksować z Johanssonem?" A on - miał wtedy 19 lat - zaczął śpiewać: „Czy ja chcę? Angelo, Angelo, ja z nim zatańczę". Ludzie od Johanssona, a zwłaszcza Whitey, który był spokojnym człowiekiem, zrobili wielkie oczy: „Co to, do cholery jasnej, ma być?". A ja na to: „Panowie, jeżeli nie widzieliście dotąd tego łobuza, to jeszcze nic w życiu nie widzieliście". Przez cały sparing Cassius krzyczał do Johanssona: „Chodź do mnie, spróbuj mnie złapać, gnojku". Szwed był czerwony ze złości, biegał za Cassiusem po całym ringu, a on go ośmieszał. Wreszcie po drugiej rundzie, kiedy Johansson był kompletnie wyczerpany, Whitey przerwał sparing. Potem podszedł do mnie i powiedział: „Chcę tego chłopaka mieć u siebie". A ja na to: „Chcesz z nim popracować, przyjeżdżaj tutaj. Nigdzie go nie puszczę!"

W każdym razie w piątek, na pogrzebie Johanssona było ponad 1000 osób, w tym brat Floyda, Ray. Floyd zmarł dwa lata temu.

1000 osób przyszło na pogrzeb pięściarza w Goeteborgu. Okazuje się, że dla Szwedów Johansson był wielką postacią. Pewnie, nie walczył z Pattersonem o tytuł WBO, WBA, WBC, IBF, IBO ITD., ale o tytuł mistrza świata wagi ciężkiej. Koniec i kropka.

program

Czy za 50-60 lat tak dobrze będą pamiętane dzisiejsze gwiazdy?

Dziś każdy może zobaczyć w telewizorze, że Czagajew - dla mnie jednym z najlepszych pięściarzy wagi ciężkiej - toczy arcynudną walkę z Drumondem. Każdy może zobaczyć, że mistrzostwo świata wersji X jest nadmuchane, skoro mistrzem jest Wałujew. Każdy może dziś zobaczyć nawalankę w klatce lub beczce. Za chwilę będzie można do tej klatki, lub beczki wnosić kilofy, no bo walenie w głową rywala w podłogę okaże się zbyt mało ekscytująca.

Sporty walki po prostu spsiały.

14:33, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 lutego 2009
Kubica w operacji Samum

Po długim szczęściu kryska przyszła i na matyska. Dwa dni testów z głowy miał BMW Sauber w Sakhir z powodu burzy piaskowej. Wcześniej nie testowały z powodu pogody zespoły w Algarve. Podwójnego pecha miała Toyota, która nadziała się i na deszcz w Algarve i na piasek w Sakhir, oraz Ferrari, który miał deszcz w Mugello, no i teraz piach w Bahrajnie.

Na zdjęciu z bardzo dobrego holenderskiego portalu F1Today.nl burza piaskowa na torze w Sakhir. Testy się nie odbyły z powodu słabej widoczności - i co za tym idzie - ponieważ w razie czego nie mógł odlecieć helikopter ratunkowy, który musi być zawsze gotowy do startu.

 

BMW Sauber w Bahrajnie 

Chciałbym teraz zaprezentować nieco ryzykowną myśl i liczę na wsparcie, ale również na dyskusję.

Ktoś może powiedzieć, że porównywanie samochodów podczas testów nie ma żadnego sensu. I ja częściowo się z kimś takim zgodzę. W sporcie tak bardzo wymiernym jak Formuła 1 trudno porównywać, gdy samochody nie ścigają się na tym samym dystansie mając za cel zwycięstwo.

A jednak coś tam można porównać i wyciągnąć wnioski, choć nie z czasów okrążeń.

Można sprawdzić jak często samochody z czołowych zespołów jeździły najszybciej rok temu i teraz w Bahrajnie, Algarve, Walencji i Jerez; jaką miały przewagę wtedy, a jaką mają teraz. Potem przenieść te porównanie na osiągnięcia w pierwszych wyścigach sezonu 2008, oraz przewidzieć jakie szanse mają podczas GP Australii, Malezji, Chin i Bahrajnu w tym roku.

Zdając sobie przy tym sprawę, że zespoły testują różne elementy w różnym stopniu w różnym czasie, ale też wiedząc, że muszą sprawdzić się kilka razy na maksa.

Pewnie, to rodzaj zabawy. Mam nadzieję, że nikt nie potraktuje tego tak poważnie, aby zastawić dom i założyć się w ladbroku albo innym betandwinie.

W zeszłorocznych zimowych testach widać było o niebo lepsze wyniki McLarena. W tym roku wczoraj, czyli 11 lutego, poważniej w Jerez pojechał Heikki - drugi czas za wykorzystującym zeszłoroczny pakiet toro rosso (Buemi), a dziś Lewis (też najszybszy w bolidzie 2009).

W zeszłym roku w ogóle zespoły, które były najlepsze w wyścigach, czyli Ferrari i McLaren, absolutnie brylowały też na testach na torach w Jerez i w Walencji w styczniu, a potem znów w Hiszpanii w lutym. Owszem, zdarzało się, że najlepsze czasy na przykład bolidy ferrari kręciły wówczas, gdy nikogo poza nimi nie było na torze. Ale i wtedy, gdy jeździli wszyscy, kierowcy ferrari (i mclarena) byli w ścisłej czołówce.

Teraz takiej dominacji nie ma. Ferrari jeździł z innymi dopiero w Bahrajnie i tylko przez jeden dzień, więc tutaj cokolwiek wywnioskować najtrudniej, choć Timo Glock w Toyocie 2009 był pierwszego dnia testów najszybszy, a ponad 90 kółek to już jest coś.

No, i co w związku z tym? Czy to nie świadczy o tym, że w 2009 roku siła Ferrari i McLarena będzie dużo mniejsza w porównaniu z innymi? Moim zdaniem obydwa te zespoły, przywykłe do wygrywania i do dyktowania warunków, mają wielki problem. Powiecie, że to nie jest dwumian newtona i że można było się wcześniej zorientować.

I tu też się zgodzę. Ale przynajmniej fajnie było zgłębić temat.

18:29, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 lutego 2009
Problem Phelpsa i salmonelli w maśle orzechowym

Sprawa Phelpsa zatacza coraz szersze kręgi.

phelps 

Na akcję internautów „Bojkot Kelloggsa” firma, która zdecydowała, że nie przedłuży kontraktu z pływakiem wszechczasów, zareagowała z wdziękiem.

Po odebraniu x telefonów, Kelloggs wprowadził nowe procedury w infolinii.

„Jeśli dzwonisz z komentarzem na temat Michaela Phelpsa i naszych związków z pływakiem, wciśnij 1, aby porozmawiać z naszym przedstawicielem”.

„Jeśli dzwonisz w sprawie salmonelli w maśle orzechowym, wciśnij 2”.

Sprawdź.

kelloggs

* Dla wrażliwych: Kelloggs jest firmą produkującą płatki śniadaniowe dla naszych pociech. Nie chce być wiązana z marihuaną, na paleniu której przyłapano Phelpsa. Subway, Omega i kilku innych sponsorów pływaka przeprosiny Phelpsa przyjęło.
18:32, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 lutego 2009
Czy bohater może zapalić trawkę. O Michaelu Phelpsie

Ponieważ ośmiokrotny mistrz olimpijski z Pekinu prawdopodobnie zapalił marihuanę w fajce wodnej na studenckiej imprezie, więc na powolne opiekanie nad ogniem wzięli go amerykańscy dziennikarze. Głównie piszą, że Phelps jako wzór dla młodzieży nie może robić tego, co robią wszyscy  (lub olbrzymia większość) w nie tylko amerykańskich akademikach.

Ważnym argumentem jest dla nich to, że Phelps dzięki sportowi jest milionerem i jest zobowiązany do grzecznego życia. A jako ośmiokrotny mistrz z Pekinu i jeden z największych sportowców w historii, musi być wzorem.

Nie do końca się zgadzam.

Nie musi. Co najwyżej może być wzorem. Najczęściej jest wtłaczany w formę wzoru przez sponsorów, działaczy, dyrektorów szkół, szefów fanklubów.

Phelps w szkole w burbank 

Z czasem sam o sobie zaczyna tak myśleć, chociaż jest zaledwie 23-latkiem i dopiero od dwóch lat ma prawo kupić sobie w sklepie alkohol. Ale czyje to zasługa, że tak o sobie zaczyna myśleć?

Czasami sportowiec sam wznosi się ponad status zawodnika - jak Otylia po Atenach - i wtedy rzeczywiście można oczekiwac po nim więcej (piję do nie przyznania się Otylii do niezgodnego z przepisami finiszu na mistrzostwach świata w Montrealu w 2005 roku). 

Phelps zawdzięcza sukces i status swojemu talentowi, pracy i trenerowi Bobowi Bowmanowi.

Nie zobowiązał się jakąś umową z kibicami, pal licho, niepisaną: wy mnie wybierzecie na mistrza świata i olimpijskiego, a ja będę się potem grzecznie zachowywał. Podobne umowy to specjalność polityków przed wyborami. Polityków słusznie niszczonych przez dziennikarzy za łamanie umów.

Kelogg, Speedo i inne koncerny płacą Phelpsowi 100 mln dol. rocznie nie za to, że nie pali fajki wodnej z marihuaną, ale za to że bije rekordy, że zdobywa złote medale. Jaki udział miał szef marketingu koncernu Keloggs w sukcesie Phelpsa? Żadnego. Zarabia dzięki pływakowi pieniądze, bo przecież sponsoring to biznes a nie jałomużna. Być może odpowiednia klauzula pojawi się w nowym kontraktach, ale to inna sprawa.

Więc skąd teraz pretensje, że zawiódł, że bohaterowi nie przystoi, że zszargał wzór.

Jeszcze jedno, choć nie związane ściśle z Phelpsem.

Może tylko o tyle, że jak każdy sportowiec, Phelps zasuwał na własne konto - i dla własnej przyjemności, co zawsze warto podkreślać - bez gwarancji na sukces. O tym chciałem powiedzieć.

Phelps miał szczęście, że w jednym punkcie, w jednej osobie zogniskował się talent, korzystne otoczenie, trener.

99 procent tych, którzy do sportu przychodzą, odchodzą z niego bez odniesienia sukcesu. Z lekkim, lub większym poczuciem klęski, ale z fajnymi wspomnieniami. Moim zdaniem sport to najbardziej okrutna dziedzina życia człowieka. Tu 100 razy łatwiej o rozczarowanie niż o zadowolenie, nie mówiąc o obiektywnym sukcesie. I sam sobie tą sferę życia człowiek stworzył, dla zabawy.

Zaliczam się do tych, którym się nie udało. Nie mogło się udać.

Raz: Bozia nie dała talentu, ale lubiłem się ścigać na kajaku i dziwiłem się, że nie wygrywam. Po latach okazało się, że talent to nie tylko wola pracy, ale też to co dzieje się w organizmie człowieka, jak skuteczność przemian biochemicznych, koordynacja, dynamika. Masa rzeczy, które muszą się złożyć w jedną piękną układankę. Wszystkie klocki muszą pasować, co akurat w tym puzzlu nie zależy od układającego.

Dwa: kajakarz w Warszawie, na Wiśle nigdy nie nauczy się właściwej techniki, właściwego rytmu wiosłowania. Może tylko pokonywać kolejne setki kilometrów.

Trzy: trzeba by trafić na świetnego fachowca-trenera, pasjonata, bo tylko tacy odnoszą sukcesy z zawodnikami. Ja nie trafiłem.

Ostatni wywiad z Jackiem Krzynówkiem w „Gazecie” mówi, że jak jeden element wypadnie - akurat Krzynówkowi trafił się niepasujący do układanki trener - to naprawdę trudnio się przebić.

U Phelpsa i innych gwiazd wszystko dobrze się ułożyło co do joty, ale celem natury na pewno nie było w tym przypadku, ani w żadnym innym stworzenie wzoru dla ludzkości.

Oczywiście, jeśli Phelps według prawa popełnił wykroczenie, to jak najbardziej należy mu się kara. Zdaje się - o ile rzeczywiście wypalił marihuanę, czego wcale nie potwierdził, i to więcej niż 1 uncję - do 30 dni aresztu lub/i 500 dol grzywny.

16:40, radoslawleniarski
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 lutego 2009
Czy Kubica będzie wyglądał jak zombie
Pamiętam, że na początku sezonu 2008 tak właśnie opisywali Roberta Kubicę brytyjscy dziennikarze. Robert był po długiej, trzymiesięcznej diecie, dzięki której zbił wagę do 67 kg.

Teraz znów czeka go to samo.

Kubica na wadze

Wczoraj, czyli w poniedziałek, rozmawiałem z jego lekarzem Riccardo Ceccarellim z kliniki sportowej Formule Medicine (złożyli Kubicy rękę przed laty, a potem wygrał wyścig na Norisring, i przed sezonem 2008 odchudzał się pod okiem Włocha). Ceccarelli stwierdził, że więcej Kubica schudnąć nie może.

Dlaczego to takie ważne? Od kilku dni Hiszpanie trąbią o diecie i kuracji odchudzającej Fernando Alonso, mówi się o dietach Kimi Raikkonena i Rubensa Barrichello. Każdy próbuje coś zrzucić, bo dostanie na początek sezonu do samochodu paczkę ważącą od 25 do 40 kg - czyli KERS.

Nico Rosberg się buntuje. Ma pomysł, aby wprowadzić limit odchudzania. Można to zrobić na przykład za pomocą współczynnika BMI (masa ciała w kilogramach podzielona przez kwadrat wzrostu w metrach). Dajmy na to określić go na poziomie 20, poniżej którego zejść nie można, lub dostaje się balast pod siedzenie. W tym układzie (w poniedziałek przeliczył to Łukasz Cegliński, można zrobić samemu np. tu).

Nazwisko, wzrost/waga BMI

Webber         185/74  21,6

Kubica          184/68  20,0

Sutil             183/74  22,0

Button         181/69  21,0

Rosberg       178/70  22,0

Buemi          177/62 19,7

Piquet         175/70  22,8

Raikkonen    175/62  20,2

Nakajima     175/62  20,2

Hamilton      174/68  22,4

Vettel          174/64  21,1

Trulli           173/60  20,0

Barrichello    172/71  23,9

Kovalainen   172/66  22,3

Fisichella     172/66  22,3

Alonso         171/67  22,9

Glock           169/64  22,4

Heidfeld       167/59  21,1

Massa          166/59  21,4

Oczywiście, nawet Kubica mógłby jeszcze schudnąć, ale jest spore ryzyko, że spowodowałoby to obniżenie jego sprawności, wydolności, mocy, itd.

Z d rugiej strony skoczkowie narciarscy, którzy też mieli problem z odchudzaniem - pamiętacie anorektyczne zdjęcia Svena Hannawalda - wprowadzili BMI do określania długości nart. Im niższy współczynnik, tym krótsze narty. Ale przy okazji - z ich danych wynika, że jeszcze da się coś uszczknąć z chudych ciał kierowców: Małysz miał BMI równe 16,6.

Mój współczynnik BMI - 28,6.Rosberga w ogóle nie interesował problem równych szans, który podnosił Kubica. Rosberg zaniepokoił się tym, że kierowcy w ogóle muszą schudnąć. Kubica w nosie ma odchudzanie, zdje się że dla niego to element ścigania się i jak trzeba to zrobić, to trzeba i już. Kubicę bardziej obchodzi jak wygrać. I mówi, że z KERS na pokładzie wysocy i ciężcy kierowcy będą postawieni w niekorzystnej sytuacji. Jak wiadomo, obecnie samochód z kierowcą waży dużo mniej niż przepisowy limit wagi, czyli 605 kg w czasie kwalifikacji, 600 w czasie wyścigu. Te kilkadziesiąt kg uzupełnia się balastem. Inżynierowie rozmieszczają balast tak, aby zrównoważyć samochód, przyczepiają go jak najniżej, tuż nad podłożem (aby obniżyć punkt ciężkości, co jest korzystne). Kto ma tego balastu do dyspozycji mniej, ten będzie miał gorzej zrównoważony samochód. A balastu będzie dla wszystkich mniej o 25-40 kg, czyli o tyle ile waży KERS. Margines „balastowy” staje się więc minimalny dla cięższych pilotów.

Ceccarelli mówi, że taki jest sport i tyle. Najwyżej trzeba będzie obciąć kilogramy z samochodu, lub podwyższyć minimalny limit wagi bolidu (choć to ostatnie jest całkiem nierealne). I ja się z nim zgadzam.Pocieszające jest to, co powiedział na koniec poniedziałkowej rozmowy: - Nie wierzę, aby innych kierowców stać było na to, aby schudnąć o siedem kilogramów, tak jak stać było Roberta. To są gwiazdy. nie będzie im się chciało. Trzy kilo w tydzień, to jeszcze ujdzie. Ale siedem w trzy miesiące, a potem utrzymać taką drakońska dietę - w to nie wierzę.

Smacznego!

10:39, radoslawleniarski
Link Komentarze (2) »