RSS
poniedziałek, 28 stycznia 2008
Asteriks na koksie, że aż buzuje. I to na olimpiadzie

Nieee, to po prostu zwykła, ordynarna chamówka i promocja koksu na igrzyskach olimpijskich.

Panoramix w lasach Galii jak Victor Conte w BALCo przygotowuje niewykrywalną miksturę. Asterix, Obelix i cała kupa innych gości po wypiciu karafki takiego specyfiku na igrzyskach miotają dyskami, kulami i czymkolwiek, co im wpadnie w oszukańcze łapy jak wyrzutnia Пионер rakietami SS20. Zero komisji antydopingowej.Jako przedstawiciel talibanu antydopingowego protestuję.

12:59, radoslawleniarski
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 stycznia 2008
Odwalcie się od Klimka. Wszystkiemu winne skoki, czyli dorośli

Sam jestem ojcem dwóch dziewczyn. Jeśli osiągałyby w sporcie wyniki lepsze niż inni, czułyby się w sporcie dobrze, bawiły się nim, to temu, kto chciałby im zabronić startować w zawodach z powodu wieku, powiedziałbym stanowcze „bujaj się”. Bo jak byłyby wystarczająco dobre, to wara każdemu od nich, choćby miały wystapić w Pucharze Świata. No, bo co to jest Puchar Świata? Jakiś ołtarz mariacki, trzeba sie do niego modlić? Nie, to tylko sportowe zawody. Ojciec - dowolny ojciec - może zwariować nie tylko na punkcie zawodów i sportu, ale na punkcie każdego innego aspektu życia swojego syna (choc przyznam, że w przypadku Murańki trafiła się dość spektakularna dziedzina). Mało tego, jeśli ojciec zwariował na punkcie sportu, to szansa, że gdyby sportu nie było, to on zwariowałby na dowolnym innym punkcie, jest olbrzymia.

Problem Klimka - oprócz nawiedzonego, być może całkiem zaślepionego ojca, który jest oddzielnym tematem - leży w sporcie, który przyszło mu uprawiać.

Ponieważ w Polsce skacze kilkadziesiąt osób, a na całym świecie kilkaset, sport ten nie wypracował sobie narzędzi selekcji. Nie ma kilku poziomów zawodów, w których Klimek i setki skoczków o jego poziomie, rywalizowałyby, dojrzewałyby w rywalizacji, cieszyłyby się walką z rówieśnikami.

Po prostu skoczkowie jest to garstka ludzi uprawiająca egzotyczną dyscyplinę, która jakimś cudem - głównie cudem Małysza - wstrzeliła się w gusta Polaków. Jeden wynik powoduje natychmiast, że skoczek szusttt!!! i już jest w czołówce w Polsce, czyli niemal w czołówce na świecie. A, że sport jest taki, że mały, lekki człowiek ma większe szanse niż starszy, cięższy....

Przypadek Klimka Murańki nie mógłoby się zdarzyć w sporcie o charakterze masowym, gdzie trzeba przejść wiele poziomów rywalizacji. Kubica zaczął od kartów, przez jednomiejscowe bolidy różnych klas, aż dotarł do Formuły 1. Radwańska grała w turniejach juniorskich, musiała zdobyć X punktów, aby zagrać w turniejach o wyższej klasie.

Ponieważ Murańka wskoczył w sport dorosłych bez tego etapu zabawy, a potem dojrzewania w sporcie, choćby nawet krótkiego, traktuje zawody śmiertelnie poważnie.

Oczywiście, gdyby nie ojciec nigdy by ich tak nie traktował, gdyby nie ojciec w ogóle by nie skakał, a to byłaby szkoda.

Mam nadzieję, że to dziecko nie czyta wszystkiego co o nim i jego ojcu piszemy, bo nawet my traktujemy go tym bardzo serio, zdecydowanie za bardzo nawet.

14:45, radoslawleniarski
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 stycznia 2008
O Radwańskiej można pisać szczerze i prawdę

Nie wiem, czy jest to przypadek, czy nie, ale nikt w polskiej prasie nie napisał, że w meczu z Agnieszką Radwańską Nadia Pietrowa w drugim secie nabawiła sie kontuzji. Kontuzja spowodowała, że Pietrowa stanęła, i od stanu 0:3 w drugim secie właściwie przestała grać, nie mówiąc o secie trzecim.

Ja wiem, że to jest olbrzymi sukces Agnieszki, że jest to ogromny sukces Polski, cieszę się razem ze wszystkimi i czekam na jeszcze, ale nie można nie zauważać faktów. Nie mam analizy lekarskiej ze sztabu Pietrowej, ale fakt, że miała przerwę medyczną w trakcie meczu, że przegrała X piłek, a wcześniej grała jak z nut, a nastepnie po meczu powiedziała, że doznała „groin injury”, jednak o czymś świadczy.

Mam nadzieję, że nie nałożymy na siebie jako dziennikarze cenzury w obawie przed atakami kibiców i nie będziemy unikać pisania o faktach. O ocenach nie wspomnę.

Niejeden taki przypadek mamy za sobą. 

Kedy po finale mistrzostw świata 2005 roku Otylia Jędrzejczak wbrew przepisom dotknęła jedna ręką ściany i dzięki temu wygrała z rywalką, napisała o tym jedna jedyna gazeta. Tymczasem był to fakt zarejestrowany kamerami, bezsporny, odnotowany przez międzynarodowe media. Ale nie polskie.

Gdy dziennikarz strony internetowej bokser.org Tomasz Chomirski napisał krytycznie o Gołocie po walce z Mike'm Mollo, został wyrzucony.

Mimo, że Małysz wciąż startuje i tym samym poddaje sie ocenie, krytyczne oceny jego formy spotykają się z atakami, w związku z tym w telewizji i w gazetach obowiązuje delikatne zatroskanie połączone z nadzieją. Żadnej krytyki, boże broń.

 

14:04, radoslawleniarski
Link Komentarze (32) »
piątek, 18 stycznia 2008
Czyżby to była dyktatura zdrowych?

Sprawa Pistoriusa jest superważna, bo dotyka najważniejszej idei sportu, a sportu olimpijskiego w szczególności - sprawiedliwej rywalizacji otwartej dla wszystkich. Na pierwszy rzut oka Pistorius, biegacz bez nóg amputowanych w dzieciństwie poniżej kolan, jest ofiarą biurokracji sportowej, która nie pozwoliła mu ścigać się ze zdrowymi szczęśliwcami. Wszyscy w związku z tym mają dla niego podwójną ilość współczucia, którego zresztą on zdaje się najmniej potrzebuje, bo daje sobie radę w życiu jak najlepiej. Wygląda to po prostu na dyktaturę zdrowych.

Na drugi rzut oka problem jest wielokrotnie złożony. Zdrowi sportowcy też mają swoje poczucie sprawiedliwości, i Pistorius ze swoimi kosmicznymi szczudłami, dającymi mu przewagę na bieżni, to dla nich niesprawiedliwość. Sportowej sprawiedliwości też w wyścigu Pistoriusa ze zdrowymi by nie było.

Pomijam wypowiedzi skrzyżowania geparda z człowiekiem Tysona Gaya, który mówi że może się ścigać z każdym. Bo gdyby sie okazało, że Pistorius zbliża się wynikami do jego rekordów, to zmieniłby zdanie.

Ja pamiętam też przypadki, kiedy niepełnosprawni ścigali się ze zdrowymi i zyskiwali wielką przewagę tylko i wyłącznie dzięki motywacji, o wiele wyższej niż u zdrowych rywali.

W latach 80. kajakarz Janusz Głowinkowski - zaawansowane porażenie dziecięce, czyli choroba Heinego-Medina - dziennie pokonywał w łódce 45 kilometrów zimą czy latem, aby wygrywać z najlepszymi w Polsce. W wyścigach na 10 km był najczęściej nie do pobicia. Niewiele mówił i nie miał przyjaciół na torze. Generalnie wolał wszystkich dowalać w regatach.

Głowinkowski wchodził do kajaka, a następnie przymocowywał się do niego na sztywno pasami. Miał charakterystyczny styl - kiwał się na boki z powodów deformacji stawów tak, że można go było odróżnić od innych na wodzie z odległości dwóch kilometrów. Nie mógł pracowac nad wytrzymałością biegając, więc urządzał sobie maratony na wodzie. Był w kadrze, startował na mistrzostwach świata.

Podobnie było z Bogdanem Szancerem, kajakarzem w latach 50., który w Powstaniu Warszawskim stracił nogę.

Podobno dwukrotny mistrz olimpijski Greg Barton też w dzieciństwie przeszedł chorobę Heinego-Medina. I kanadyjkarz węgierski Tamas Wichmann, wielokrotny mistrz świata.

We wszystkich tych przypadkach przewagę mieli zdrowi, co nie wzbudzało wśród nich, wśród nas, żadnych dyskusji.

I niestety pamiętam też żenujące wypowiedzi półgębkiem wnerwionych zawodników, którym Głowinkowski zabiera miejsce w finale, w reprezentacji, na zgrupowaniu w Portugalii. I jakąś dziką zupełnie wypowiedź jakiegoś działacza, który utyskiwał, że jak ten Głowinkowski będzie nas reprezentował za granicą.

Gościowi należał się olbrzmi szacunek.

 

13:47, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 stycznia 2008
Kubica i Gołota będa mieli ciężko

Robert Kubica nie dał sie namówić na cyrk, jakiego bohaterem był jego kolega Nick Heidfeld w czasie prezentacji nowego samochodu BMW-Sauber. Kilka kółek dookoła szybu z windami z prędkością 10 km na godzine, to naprawdę coś tak bardzo przeciwnego Formule 1, że aż głupio.

W związku z tym wywiązała się między Kubicą a Heidfeldem ciekawa rozmowa wywołana pytaniem dziennikarza: „Jakie są Pana doznania Nick po pierwszym teście”. - Nie wiem, trudno powiedzieć - odpowiedział Nick, tak jak standardowo odpowiada na każde pytanie zapytany kierowca. - Tym powiedz Robert...

- Nie, to ty testowałeś - zaśmiał się Kubica.

- Cóż, miałem mało paliwa w baku, więc dlatego wykręciłem tak dobre czasy dookoła wind - powiedział Heidfeld.

 

Boję się, że BMW-Sauber może być również nie za szybki na torze w Melbourne. Kontrola trakcji zakazana - a nasz najlepszy w historii kierowca nigdy nie uważał, że jest powołany do jazdy limuzyna daimler-benz. szaleje na torze. W ogóle te zmiany w ostatnich dwóch latach były dla stylu Kubicy niekorzystne - mam na mysli zmianę opon z Michelinów na Bridgestony, a teraz zakaz kontroli trakcji. Jedyne dobre to to co powiedział Heidfeld: - I tak w końcu okazuje się, że w czołówce są wszyscy najlepsi.

A Gołota? Co ma do tego Gołota?

Niestety, brak szybkości. Mimo to uważam, że w sobotę będzie tak:

Szybki Mike Mollo zrobi w pierwszych dwóch rundach wielki wiatr kończynami przednimi. W trzeciej tylnymi.

17:07, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 stycznia 2008
Nie róbmy pomnika z Lozano

Dlaczego nie można porozmawiać, czy dla polskiej siatkarskiej reprezentacji dobre jest, aby Raul Lozano był wciąż jej trenerem a nie jakiś inny Włoch czy Argentyńczyk? Hiszpanie pokazali, że siatkówka, ustawienie drużyny nie jest aż takim wyzwaniem dla ludzkiego intelektu, jak to sie wcześniej wydawało.

Chyba każdy głupi zauważy, że w reprezentacji nie dzieje się dobrze, a czeka ją walka o start w igrzyskach olimpijskich. Więc dyskusja nad tym, czy trzeba coś zmienić drastycznie, czy nie, czy zmiany ma dokonać Lozano, czy też ktoś o świeżym spojrzeniu, jest jak najbardziej na miejscu.

Każdy, kto interesuje się siatkówką wie, że Lozano nie jest typem misia pysia, ma swoje humory, że niektóre sytuacje doprowadzał do końca, z którego ani w przód, ani w tył, jak było w przypadku Wlazłego i Bełchatowa. Że nie potrafi iść na kompromisy, co przy drużynie złożonej z indywiualności jest pewnym problemem. Że łatwo znajduje i wskazuje kozła ofiarnego, jak jest jakieś niepowodzenie - Szymańskiego, co to nie pojechał do izmiru z powodu bolących pleców, o których chodzi fama że były zdrowe.

Widzę tylko jeden słaby punkt w dyskutowaniu nad przyszłością Lozano w reprezentacji. My możemy pogadać - Ty i ja - ale decyzję podejmuje gromada szemranych gości, którzy mają jakieś własne niskie i cienkie interesiki, goście którym Lozano nadepnął na odcisk swoją niewyparzoną stopą i którzy gotowi by go utopić w łyżce wody, nie zważając czy to jest racjonalne, czy nie.

15:04, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
Strach Grossa i polskie strachy

Żałosne jak bardzo można się bać jednej książki.

Dziś w Rzepie na trzech stronach dziennikarze próbują wcisnąć, że książka Grossa Strach jest zbyt wąska, bo sprowadza tragedię całej ludzkości w II wojnie światowej tylko do holokaustu, jest nierzetelna, bo traktuje źródła wybiórczo. Nie ma w niej kontekstu - tego czym była niemiecka okupacja. W sumie - według dziennikarzy Rzepy - Gross chciał, aby książka była antypolska i oczywiście taka powstała.

Ja uważam, że Gross napisał jak chciał, zajął się jedynym tematem dla którego żyje, to jest powiedzeniem prawdy w oczy, bez ściemniania, takiej prawdy jak ją rozumie i widzi. Nie zacznie książki od wyginięcia dinozaurów, aby zadowolić redaktora Lisickiego z Rzepy, który nie potrafi sam znaleźć kontekstu. Gross wybierał źródła jakie chciał, zdaje się, że ze względu na upływ czasu miał trudności i z czasem te trudności będą się tylko zwiększać.

Żałuję, że z wielu powodów takie książki jak „Sąsiedzi” i „Strach” nie powstały w Polsce wcześniej, i że nie napisano ich mnóstwo. A te, które napisano nie wybrzmiewają mocno wśród Polaków.

Byłby wtedy i szeroki kontekst, i niuanse, na których tak bardzo zależy dziennikarzom Rzepy.

Mógłbym stwierdzić, że przez wiele lat po wojnie trudno było o tym pisać nie z powodów sumienia, ale z powodów politycznych. Mógłbym, gdybym znał choćby jedną poważną próbę. Były niszowe publikacje, ale nie powstało nic wstrząsającego, choc powinno. Aż do Grossa. Jak tą ciszę sobie wytłumaczyć.  

Mam nadzieję, że są młodzi ludzie, którzy napiszą mnóstwo książek o tamtych czasach (na starych nie ma co liczyć, skoro dotąd nie wydali z siebie głosu), którzy nie będą się bali tematu, którzy nie będą się bali skonfrontowania swoich wyobrażeń o bohaterstwie drugowojennym z rzeczywistością, że wśród tamtych Polaków było mnóstwo świń i zbrodniarzy.

Jak powstaną takie książki - cały wachlarz, wiele punktów widzenia, więcej świadectw, więcej zniuansowanych opinii - to wszyscy dowiemy się prawdy, będziemy mieć prawdziwszy obraz siebie. To wyjdzie tylko na dobre.

14:41, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Kenia, moja miłość zhańbiona

Włosy stają dęba i dreszcze przechodzą po ciele na myśl o tym, co się dzieje w Kenii i to dokładnie tam, gdzie razem fotoreporterem Kubą Atysem pojechaliśmy kilka lat temu robić reportaż o biegaczach.

Mieszkaliśmy w Eldoret, gdzie tłum złożony z członków plemienia Kalendżinów spalił w kościele w Nowy Rok 30 Kikujusów. Jest tam droga w kierunku jeziora Wiktoria, przy której stoi kilkadziesiąt kościołów różnych wyznań. Jeden z nich właśnie spalono. Mieszkaliśmy z Kubą w innym, po sąsiedzku, utrzymywanym przez polskich misjonarzy werbistów.

W Eldoret mieszkają co bogatsi kenijscy biegacze, najczęściej byli biegacze. Miasto jest spore. Tam właśnie ukamienowano kilka dni temu olimpijczyka z 1988 roku Lucasa Songa. W ostatnich zamieszkach zginęło w Eldoret w sumie 90 osób.

30 kilometrów od Eldoret leży Iten. Wokół tego miasteczka zdarza się, że i 500-700 biegaczy trenuje każdego dnia. Ruch jak w ulu. Wszystko dlatego, że Iten położone jest 2200 m npm, a do tego jest płasko, klimat łagodny przez cały rok. Biega się po leśnych szutrowych, czerwonych duktach, wzdłuż Wielkiego Rowu Tektonicznego.

To był raj na ziemi.

Stąd pochodzą najlepsi długodystansowcy kenijscy, którzy królują w maratonach, półmaratonach, biegach ulicznych na całym świecie. Zresztą nie tylko długodystansowcy, bo przecież Isaac Songkok, Wilson Kipketer i paru innych biega na 800 i 1500 m. W Iten jest szkoła średnia St. Patrick High School, w której uczą się sportowcy.

Na zdjęciu jeden z pokoi internatu przyszkolnego.

Każdy mistrz olimpijski i mistrz świata z St. Patrick School sadzi drzewko w przyszkolnym ogródku i do tej pory powstał niezły las. Trzeba było nawet przerwać zadrzewianie. Szkoła dlatego jest pod wezwaniem Świętego Patryka, bo założyli ją irlandzcy misjonarze, a opiekunem biegaczy był przez 30 lat brat Colm O'Connell.

Wiekszość biegaczy pochodzi z grupy Kalendżinów, ale są też przedstawiciele plemienia Pokot, sporo jest Kikujusów. Sam prezydent Mwai Kibaki jest Kikuju, ale poprzedni - Daniel arap Moi - był Kalendżinem. Urodził się zresztą po drugiej stronie rowu tektonicznego w stosunku do Iten. Światła jego rodzinnej wioski Kabarnet widać, gdy się podejdzie wieczorem do krawędzi Rowu po jego zachodniej stronie. Z knajpy prowadzonej przez pewnego szalonego Belga jest najlepszy widok. Niedaleko knajpy Lornah Kiplagat ma swój ośrodek dla biegaczy, choć „ośrodek” to zbyt górnolotne słowo. Jest stadion i kilka drewnianych domków kempingowych, gdzie często trenują Holendrzy.

I to wszystko diabli wzięli.

 

14:33, radoslawleniarski
Link Komentarze (7) »