RSS
wtorek, 29 marca 2011
Wielkie zniszczenia u Nicka Heidfelda

W czasie wyścigu w Melbourne nie mogłem zrozumieć, jakim cudem Nick Heidfeld był aż dwie sekundy wolniejszy od Witalija Pietrowa. Gdy zaraz za metą usprawiedliwił się kontaktem z bolidem innego, niezidentyfikowanego kierowcy, podejrzewałem jakąś wymówkę.

Ale to zdjęcie pokazuje, że Heidfeld właściwie heroicznie walczył o przetrwanie na torze.

Renault Heidfelda po GP Australii

17:16, radoslawleniarski
Link Komentarze (4) »
środa, 16 marca 2011
Dla przyszłych dziennikarzy F1

Red Bulla wpadł na nowy pomysł, o którym warto powiadomić, choć intencja promocyjno-reklamowa RB jest oczywista.

Mistrzowie świata szukają kandydatów na reporterów, którzy błyskotliwie napiszą o Formule 1. Trzeba się wykazać wysyłając do RB kilka tekstów na zadany temat. Znając Red Bulla zależy im na oryginalności spojrzenia, na błyskotliwym dowcipie połączonym ze znawstwem. Zawsze gdy miałem okazję, chętnie i szczerze mówiąc z zazdrością czytałem ich kapitalny dziennik drukowany podczas europejskich weekendów GP - pisany lekko, inteligentnie i z olbrzymią wiedzą.

Nagrodą jest między innymi praca podczas GP Monako, GP Wielkiej Brytanii, w padoku, w fabryce, plus wywiady z gwiazdami - w sumie dwa miesiące przy F1!

Rozmawiałem z Olą Zarychtą z Red Bulla, która potwierdziła jedną, niezbyt dobrą wiadomość dla Polaków, choć do przezwyciężenia w dzisiejszych kosmopolitycznych czasach - mianowicie teksty trzeba pisac po angielsku. Polska centrala Red Bulla tym konkursem sie nie zajmuje.

 

15:35, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 marca 2011
Co zniechęca profesjonalistów do Bahrajnu

Wczoraj rozmawiałem z Ziggim Rozalskim, współpromotorem Tomasza Adamka, najlepszego polskiego pięściarza.

Podkreślał, że jego przyjaciel będzie walczył o tytuł mistrza świata bez względu na to, czy bracia Kliczko wygrają swoje walki, czy przegrają - wynika to zresztą z bokserskich rankingów, głównie WBC i WBO.

Nie wiadomo z kim (choć ukraińscy bracia Waligóra i Wyrwidąb są faworytami w obydwu walkach - z Odlanierem Solisem i Davidem Haye), nie wiadomo gdzie, bo ta ostatnia decyzja zostanie podjęta na trzy miesiące przed pojedynkiem. I nie wiadomo kiedy, bo w grę wchodzą dwie daty początku września.

Na stadion albo w Warszawie, albo we Wrocławiu przyjdą dziesiątki tysięcy kibiców, a mimo to czuję, że ten boks nie porusza pozasportowej wyobraźni wielkiej masy ludzi. Takich pięściarzy (a nawet szerzej, sportowców) już nie ma od dłuższego czasu.

Nie chodzi o samą technikę boksowania - być może pięściarze nowocześni pokonaliby dawnych herosów, a spektakl byłby bardziej dramatyczny.

Chodzi mi o to, co nowi pięściarze mają do powiedzenia poza ringiem, a nie tylko do pokazania w ringu.

Najłatwiej odnieść teraźniejszość do końca lat 60., kiedy Ali odmówił udziału w wojnie wietnamskiej, i kiedy włączał się w ruch równouprawnienia Afroamerykanów.

Robił to, choć nie był ani tytanem intelektu (wynik pierwszego testu IQ - zarządzanego przez amerykańską wojskową komisję uzupełnień - był katastrofalny, co Ali dowcipnie skomentował: „Mówiłem, że jestem najszybszy, a nie, że najbystrzejszy”), nie zwykł czytać zbyt dużo, i w ogóle był po prostu chłopakiem z średniego amerykańskiego miasteczka.

Nie uniknął dotkliwych jak się okazało konsekwencji życiowych, finansowych i sportowych swoich decyzji. Czy brał je pod uwagę? Tego nie wiadomo, wiadomo natomiast, że je zniósł z godnością.

Stał się później bohaterem, idolem wykraczającym swoją ogromną sylwetką poza boks, poza sport - właśnie dzięki trudnym decyzjom, prostym słowom (np. „Nie mam nic do Vietcongu”) i podniesionemu czołu.

Dziś trudnych tematów dotyczących każdego człowieka nie brakuje - czasy są nawet bardziej skomplikowane niż wtedy, a wydarzenia tragiczniejsze, o ile można to porównywać.

Mimo to, nie słyszałem, aby polski sportowiec o statusie gwiazdy, wypowiadał się o sprawach poruszających nie tylko kibiców sportowych. Gdy Robert Radwański - z całym szacunkiem, ale tylko trener i ojciec Agnieszki, a nie gwiazda sportu - na blogu córki dał wyraz swoim poglądom, został przez nią zbesztany (słusznie, nie jego blog), ale jego opinie z miejsca wzbudziły dyskusję, ponieważ wyszły poza ramy sportu.

Przed igrzyskami w Pekinie - o prawach człowieka, o zamieszkach w Tybecie - próby pociągnięcia za język sportowców ze strony dziennikarzy były, więc na dziennikarzy trudno narzekać w tej sprawie. Wtedy, gdy tylko namierzyliśmy jednego sportowca, którego poruszyły szykany Chin wobec Tybetańczyków do tego stopnia, że chciał się wypowiedzieć, jego głos stał się szalenie ważny. Mówię o sztangiście Szymonie Kołeckim.

Ogromna większość sportowców, i wszystkie polskie sportowe gwiazdy - nie tylko bokserzy - usunęła się do swojego ogródka. Polscy sportowcy chcą mówić niemal wyłącznie o sporcie. Pytanie wykraczające poza sport traktują najczęściej jako wciskanie nosa w prywatne poglądy (w sztampę sport jest często wtłaczany. Gdy na igrzyskach w Sydney zadałem pytanie Aleksandrowi Kwaśniewskiemu w sprawie trybu prezydenckiego ułaskawienia bydgoskiego biznesmena Mirosława Stajszczaka, odpowiedział: „Myślałem, że jest pan dziennikarzem sportowym”.)

Jeśli rzeczywiście tak jest, a nie tylko mi się wydaje, to czy jednym z głównych źródeł - obok nieśmiałości, niepewności poglądów, i zwykłej obojętności - nie jest tak wielkie sprofesjonalizowanie sportu, że aż odczłowieczenie?

Najbardziej profesjonalna jest dziś Formuła 1. Decyzja o urządzeniu w Bahrajnie wyścigu zależy tylko od tego, czy kierowcy i sprzęt będą tam bezpieczne, a nie od tego, czy wypada jechać do kraju, którego władca każe strzelać do demonstrantów. Ani jeden kierowca nie wypowiedział się w tej sprawie i ani jeden zespół.

17:01, radoslawleniarski
Link Komentarze (4) »
czwartek, 03 marca 2011
Wyczyn jest tylko dla zdrowych?

Bardzo ciekawa rozmowa w „Rzeczpospolitej”. Krzysztof Rawa rozmawia z prof. dr hab. Kazimierzem Roszkowskim-Śliżem z kliniki chorób płucnych. Oczywiście o astmie. Profesor ma całkowicie przeciwstawne zdanie do lekarza, który decyduje w Polsce o tym, czy w przyznać sportowcowi zgodę na używanie leku z grupy zabronionych - dr Jarosława Krzywańskiego.

Prof. Roszkowski-Śliż twierdzi, że sportowcy leczący astmę są w podwójnie korzystnej sytuacji w stosunku do zdrowych. Dr Krzywański uważa, że zabronione leki wyrównują szanse chorych. Są to słowa lekarza chorób płuc przeciw słowom lekarza sportowego.

Sprawa jest oczywiście gorąca ze względu na rywalizację chorej na astmę Marit Bjoergen i zdrowej Justyny Kowalczyk.

Argumentów ściśle medycznych laik taki jak ja nie jest w stanie ocenić. Ale argumenty logiczne mogę przeanalizować i zauważam luki. Prof. Roszkowski-Śliż używa argumentów nieodpowiednich i widać przy tym, że jeśli chodzi o rywalizację w sporcie to on jest laikiem.

Mówi, że „nie słyszałem, by kierowcą Formuły 1 została osoba o upośledzonym wzroku, choć pewnie ktoś mógłby dowieść, że to jest dyskryminacja”.

Po pierwsze, Bjoergen nie stwarza niebezpieczeństwa dla rywali i widzów jak niedowidzący kierowca F1 - to oczywiste.

Po drugie i ważniejsze - gdyby niedowidzący jakimś cudem otrzymałby lek, który wyrównałby jego szanse do poziomu sprzed choroby (bo rozumiem, że niedowidzenie nie byłoby wrodzone), nikt nie zabroniłby mu jazdy.

Profesor mówi: „Startuj, gdzie chcesz, lecz nie szukaj swej przewagi w fakcie, że jesteś chory. Znany przykład Oscara Pistoriusa i jego protez to jest właśnie karykatura tej sytuacji”. Pistorius należy do odrębnej grupy przypadków.

Po pierwsze używa dodatkowego sprzętu w postaci protez wzmacniających energię odbicia, co potęguje wątpliwości (przypomnę, że Pistorius może biegać z pełnosprawnymi).

Po drugie, u biegaczy narciarskich objawy astmy wywołuje samo uprawianie tej dyscypliny sportu w trudnych warunkach. Dlatego chorych jest około 30 procent w populacji narciarzy, czyli występuje nadreprezentacja.

Odsetek chorych jest zapewne jeszcze większy u najlepszych biegaczy - są najlepsi, bo dłużej i ciężej trenują w mroźnych warunkach. Na tej samej zasadzie można uznać, że u najlepszych Norwegów prawdopodobnie jest jeszcze więcej chorych, bo ich bogatą federację stać na wysłanie kadry choćby na pół roku na lodowiec, albo na północ Norwegii.

Ja też mam wątpliwości, ale innego rodzaju. Ani mi w głowie wyrzucać ze sportu ludzi dlatego, że więcej niż inni harowali w mrozie. Jeśli wyrównujemy ich szanse, to wszystko w porządku. Trzeba tylko pilnować, aby ich szans nie zwiekszyć!

Moje wątpliwości są więc natury praktycznej.

Czy wśród najlepszych badania są weryfikowane przez lekarzy ze Światowej Agencji Antydopingowej? Czy badania, wywiady i testy nie zostawiają pola do interpretacji? Czy najlepszych nie można badać w jednym miejscu, według ustalonych standardów?

12:15, radoslawleniarski
Link Komentarze (8) »
środa, 02 marca 2011
Czy o astmę chodzi?

Wczoraj razem z Kubą Ciastoniem rozmawialiśmy z Jarosławem Krzywańskim, lekarzem, który pracuje w komisji wydającej sportowcom zgodę na używanie leków z listy zabronionej. Rozmowa może nie wyjaśnia wszystkich wątpliwości, ale część na pewno. Gorąco polecam. A do tego parę zdjęć Marit z facebookowego Klubu Polska, jako sygnał, że chyba nie o astmę tutaj chodzi.

Trener Wierietielny twierdzi: „Skoro Björgen może brać leki na astmę, to moja zawodniczka powinna mieć zgodę na branie EPO, bo ma obniżony hematokryt”.

Dr Jarosław Krzywański*: – Nie da się tego porównać. Niski hematokryt nie jest chorobą. Jeśli lekarz uzna za wskazane podwyższyć go u pacjenta, w żadnym wypadku nie zastosuje EPO, tylko preparaty z żelazem. EPO stosuje się w drastycznych przypadkach niewydolności nerek, przy dializowaniu.

Rozmawialiśmy wczoraj z autorytetem antydopingu prof. Wernerem Franke. Powiedział, że „użycie leków przeciwastmatycznych w sporcie to jawny doping i wszyscy o tym świetnie wiedzą. Leki jak np. salbutamol przynoszą wielką ulgę astmatykom, ale także – o czym świetnie od 20 lat wiadomo – mają swoje działania uboczne. Jednym z nich jest zwiększenie stosunku tkanki mięśniowej do tluszczowej. To ironia losu, że dobre leki sportowcy wykorzystują w niecny sposób. Powinny być dla nich zabronione”.

– Ależ są zabronione, gdy przekroczą dozwolony limit. Salbutamol w twardej formie – tabletek – jest zabroniony. Jeśli w moczu zawodnika będzie go za dużo, zostanie on zdyskwalifikowany. Profesor Franke może jest znakomitym biologiem, ale w tym przypadku uprawia kit.

Chcieliśmy porozmawiać o medycznej stronie konfliktu między Justyną Kowalczyk a Marit Björgen o leki na astmę...

– Nie chcę komentować wypowiedzi Justyny. Możemy porozmawiać co na podstawie aktualnej wiedzy i przepisów ma na ten temat do powiedzenia medycyna.

Na jakiej podstawie sportowiec może zażywać lek z listy substancji zabronionych?

– Ma tzw. wyłączenie terapeutyczne, czyli zgodę na używanie przez siebie i swojego lekarza substancji lub metody zabronionej. To procedura międzynarodowego kodeksu antydopingowego. Krok po kroku jest opisana każda sytuacja, w której można zezwolić choremu sportowcowi na używanie substancji zabronionej. Decyzję podejmuje odpowiednia komórka antydopingowa. W Polsce dla pływaków klasy międzynarodowej będzie to Międzynarodowa Federacja Pływacka, dla najlepszych narciarzy Międzynarodowa Federacja Narciarska itd. Dla polskich zawodników niższej klasy będzie to Komisja ds. Zwalczania Dopingu w Sporcie. Każda choroba jest inna, są wymagane inne dokumenty.

Jak jest z lekami na astmę oskrzelową?

– Przepisy dotyczące leków na astmę ulegają stopniowej liberalizacji. Słynne glikokortykosteroidy, kiedyś całkowicie zabronione, od 1 stycznia 2011 r. są przez WADA [Światowa Agencja Antydopingowa] dozwolone do podawania miejscowo, czyli wziewnie. Każdy może je brać! Druga grupa to leki, które rozszerzają oskrzela, tzw. beta2-mimetyki. Część z nich też nie wymaga dziś zgłaszania do WADA. Dziś salbutamol i salmeterol można stosować wziewnie legalnie bez żadnych upoważnień, a kiedyś za ich stosowanie groziła dyskwalifikacja. Przy salbutamolu wciąż określony jest poziom moczu, powyżej którego jest uznawany jako doping, bo występuje też jako syrop lub tabletki. Świetny włoski kolarz Alessandro Petacchi jako astmatyk miał zezwolenie na używanie salbutamolu, ale wykorzystał je nieuczciwie, bo wziął lek w tabletkach. Został zdyskwalifikowany na rok. Żeby przekroczyć dawkę, stosując go wziewnie, trzeba by było wziąć na dobę 16 wziewów.

Całkiem zabronione z tej grupy leków, czyli wymagające specjalnego wyłączenia, pozostały formoterol i terbutalina. Formoterol to najlepszy lek w leczeniu astmy, bo działa od razu i długo. Jest najpopularniejszy. Björgen zażywa preparat, który zawiera między innymi formoterol.

Jakie kryteria musi spełnić sportowiec, żeby brać formoterol?

– Zgłasza się z wnioskiem do komitetu ds. wyłączeń terapeutycznych w swoim kraju. Wniosek wypełnia lekarz prowadzący, najczęściej specjalista chorób płuc, alergolog. Do wniosku dołącza wyniki badań, które potwierdzają, że oskrzela pod wpływem podania leków się rozszerzają, bądź testy, które pokazują, że pod wpływem bodźca zewnętrznego się zwężają.

U zdrowej osoby takie objawy nie wystąpią? Chodzi nam o to, czy nie da się zmanipulować wyników?

– Aha, kłania się mentalność Polaka. Przychodzi z kiełbasą do lekarza i chce L4, zwolnienie z pracy, bo ma kaca... Nie da się.

U zdrowego człowieka oskrzela po podaniu beta2-mimetyku rozszerzą się góra o 2-3 proc., WADA jako próg graniczny choroby przyjmuje 12 proc. Mamy pacjentów, u których rozkurczają się nawet o 20-30 proc. Jeśli oskrzela rozkurczą się powyżej 12 proc, sportowiec może brać formoterol. Ale jeśli nie spełnia kryterium, to nie znaczy, że nie ma astmy.

A jeśli chory wybiera na testy odpowiedni moment. Na przykład po miesięcznym zgrupowaniu przy minus 15 stopni robi badania i ciach, wychodzi, że ma ciężką astmę...

– Nigdy nie wykonuje się badań w okresie choroby. Umiemy odróżnić upośledzenie oddychania w przebiegu infekcji dróg oddechowych od astmy oskrzelowej. Mówimy wtedy: zgłoś się na badania, jak wyleczysz infekcję. Bardzo często sportowiec przychodzi i mówi, że mu się źle oddycha. Ale to nie jest powód podania leków.

Lek zwiększa przepustowość oskrzeli. Skąd wiadomo, że nie rozszerza ich bardziej, niż były rozszerzone przed chorobą?

– Jednym z kryteriów udzielenia wyłączenia terapeutycznego jest właśnie to, że lek ma jedynie przywracać naturalną sprawność organizmu, tak jakby był zdrowy. Na podstawie obecnego stanu wiedzy medycznej, badań naukowych, na które WADA rocznie wydaje 5 mln dol., licznych publikacji, nie dysponujemy medycznymi dowodami, że formoterol poprawia wydolność u zdrowych sportowców lub zwiększa ponad normę u chorych. Ten lek leczy astmę.

Internauci na forach internetowych opisują przypadki, że po zażyciu wziewnego leku na astmę poprawiali wynik biegu o 2-3 minuty.

– Ale to nie spełnia wymogów badania naukowego. Badanie naukowe to badanie grupy ludzi, m.in. z użyciem podwójnie ślepej próby, czyli, gdy badany wziewa coś, ale nie wie czy to jest lek, czy placebo, itd. Gdybym wam podał dwa wdechy salbutamolu, to też poczujecie się lepiej, ale czy to wpłynie na ilość tlenu, która dostanie się do mięśni, co ma dopiero znaczenie dla wydolności? Otóż badania pokazują, że nie wpływa. Wręcz przeciwnie, wyszło, że grupa zdrowych ludzi po salbutamolu zakwaszała się bardziej. Były wyższe stężenia kwasu mlekowego.

Nie wynikało to właśnie z tego, że dzięki rozszerzonym oskrzelom organizm mógł wykonać większy wysiłek, a więc i bardziej zakwasiły się mięśnie?

– Nie ma takiej zależności. Nikt nie udowodnił, że po beta2-mimetykach można dalej biegać, szybciej, wyżej skakać itd. Nikt nie udowodnił, że to jest doping.

Dlaczego więc formoterol nie jest już dziś – jak wziewny salbutamol – dozwolony, skoro zdrowym nie pomaga?

– To, że lek w niektórych przypadkach może poprawiać zdolność wysiłkową, nie jest jedynym warunkiem umieszczania go na liście substancji zakazanych. Wystarczy, że jest np. sprzeczny z duchem sportu, że może mieć negatywny wpływ na zdrowie albo być wykorzystywany jako środek maskujący. Czy leki moczopędne poprawiają zdolność wysiłkową? Nie, ale są zabronione, bo mogą maskować doping. Gdyby pan dziesięć lat temu poszedł na basen na zawodach dla dzieci, to zobaczyłby pan, że co drugie dziecko inhaluje się salbutamolem, bo mu trener podpowiedział. WADA może uznawać, że tak niebezpiecznie jest teraz z formoterolem.

Dlaczego biegacze narciarscy w ogóle chorują na astmę? Czy nie ma wśród nich głównie Norwegów?

– W sporcie wyczynowym objawy astmy ma od 10 do 30 proc. zawodników – zwłaszcza w zimowych konkurencjach i kolarstwie. Tam jest stała ekspozycja na zimne powietrze i skłonność do nadreaktywności oskrzeli.

W Polsce w zeszłym roku o zgodę na stosowanie leków zabronionych wnioskowało 231 sportowców, wśród nich 108 sygnalizowało astmę. Wydaliśmy niemal 100 proc. zgód. W 2009 na 180 wniosków 69 dotyczyło astmy. W roku olimpijskim na 55 wniosków 17 złożyli astmatycy. Wzrost następuje wraz z edukacją zawodników.

Przed igrzyskami w Pekinie nasi olimpijczycy zostali przebadani pod kątem astmy w międzynarodowym programie Galen i okazało się, że ponad 30 było chorych. Wśród nich kilkanaście przypadków było zupełnie nowych! Nie mogę podać nazwisk, bo to tajemnica lekarska, ale część z nich bierze dziś leki za zgodą WADA.

Jeszcze przedwczoraj dzwonił do mnie judoka bijący się o kadrę. Powiedział, że go przebadano, a on brał formenterol i co ma teraz zrobić. Cóż, czekać na wynik badań.

Chociaż i tu jest szansa. Bo jeśli jest rzeczywiście chory i przedstawi historię choroby, dokumenty i spełnione kryteria, to może uniknąć dyskwalifikacji.

Czy niewystarczająco chory sportowiec, dajmy na to z lekką astmą, nie może zmanipulować wyników badania, oszukać, żeby dostać wyższą jego dawkę?

– Byłoby bardzo trudno wykonać prawidłowo spirometrię, która zakończyłaby się oszustwem. A trzeba by jeszcze zmanipulować test rozkurczowy czy skórne badania alergiczne. Sportowiec, zanim dostanie wyłączenie na lek, musi mieć cały worek różnych badań. Za wyniki odpowiadają lekarze, nikt w Europie wśród lekarzy nie bierze pod uwagę manipulacji. Potem jest to jeszcze weryfikowane w kraju, za granicą. WADA w każdej chwili może zrobić własne badania, sprawdzić i w każdej chwili może zmienić decyzję.

Miał pan taki przypadek?

– Nie. Ale znam przypadek, że narodowy komitet nie wydał zgody, zawodnik się odwołał i otrzymał zgodę od WADA. Miałem dwa przypadki zawodników grających w polskiej lidze koszykówki – nie astmatyków – którzy w ten sposób dostali zgodę na leczenie.

A dlaczego zawodniczka, która zasuwa jak lokomotywa trzy czwarte roku na mrozie, nie ma astmy wysiłkowej?

– Ktoś ma skłonność, gotowość do choroby i wysiłek na mrozie ją wyzwala. Jak ma zdrowe oskrzela, to one reagują dobrze. Ktoś, kto nie miał duszności, nie zrozumie tego. Björgen jest chora. Jeśli nie wzięłaby leku, to nie przebiegłaby pół kilometra.

Ludzie pytają: skoro jest chora, to dlaczego startuje. Dlaczego chorzy startują w tak ciężkich konkurencjach?

– A dlaczego chcielibyście ich dyskryminować? Wioślarz Michał Jeliński ma cukrzycę, leczy się insuliną za zgodą WADA. Jest mistrzem świata i olimpijskim. Czy z powodu choroby chcecie go wyrzucić ze sportu? Robert Korzeniowski, Otylia Jędrzejczak, Leszek Blanik mieli astmę oskrzelową. Im też trzeba było zabronić startów?

Norwegowie są silni organizacyjnie. Mają wielu przedstawicieli w międzynarodowych federacjach. Czy nie mają dzięki temu większego wpływu na przepisy, również antydopingowe?

– Przepisy tworzy WADA. Co roku publikuje listę zabronionych leków. Jej dyrektorem jest Kanadyjczyk, w panelu są przedstawiciele wielu krajów. Przy tworzeniu standardów medycznych pracuje wielu sportowców z całego świata. W pierwszym takim panelu byłem i ja. Astma jest prosta do zdiagnozowania dzięki obiektywnym testom. Są przypadki dużo bardziej skomplikowane. Ostatnio sternik żeglarski po transplantacji nerek dostał pozwolenie na branie EPO.

16:37, radoslawleniarski
Link Komentarze (5) »
środa, 23 lutego 2011
Czarno widziane opony

Dziś James Allen napisał arcyciekawy artykuł na temat zużycia opon Pirelli.

Czarno na białym dane wyglądają szokująco w porównaniu z podobnymi przejazdami na tym samym torze w podobnych warunkach rok temu, gdy w użyciu były opony Bridgestone. Chodzi o to, że teraz kierowcy osiągają najlepsze czasy w pierwszych okrążeniach, a następne są dużo wolniejsze. Jest to trend. Zdarzają się wyjątki.

O tym, że zarówno kierowcy jak i zespoły są zaskoczone tempem degradacji opon mówiliśmy przed kilkoma dniami z Łukaszem Ceglińskim w magazynie F1 w sport.pl.

Porównania mówią tylko i wyłącznie o tempie degradacji opon.

Inne porównania - na przykład między kierowcami (którzy najszybciej je tracą?) i zespołami - są oczywiście niedoskonałe, gdyż teraz nie wiadomo jakiej mieszanki używają kierowcy w poszczególnych przejazdach testowych, bo Pirelli ich nie oznacza. Waga bolidu też ma ogromne znaczenie, ale oczywiście nie wiadomo, ile paliwa jest na pokładzie w danym przejeździ.

Aby porównywać kierowców można by sprawdzić pary w tym samym zespole, ale i tu nie byłoby to rzetelne, gdyż dzielą się oni dniami testowymi i nie wiadomo na pewno, czy porównywane stinty należą do podobnych programów w różnych dniach (nie wspominając o warunkach na torze w różne dni).

Mimo to, zrobiłem takie porównanie z czystej ciekawości na podstawie ostatniego dnia testów w Barcelonie.

Wziąłem pod uwagę podobnej długości stinty, mniej więcej o tej samej porze dnia, u Hamiltona, Schumachera, Massy i Heidfelda.

W tych przejazdach Hamilton zużywa opony dramatycznie szybko. W jego przypadku spadek prędkości z każdym okrążeniem narasta lawinowo.

Znacznie lepszy pod tym względem jest Massa - co by się zgadzało, bo Ferrari w ogóle jest przyjazny dla opon - i to na wyższych prędkościach niż Brytyjczyk.

Jeszcze łagodniej obchodził się z oponami Heidfeld, ale w jego przypadku wyjściowy wynik na okrążeniu był o dwie sekundy niższy niż Brazylijczyka.

Schumacher, jadący równie szybko (na pierwszym pomiarowym okrążeniu odcinka) co Massa, stracił na 10 okrążeniowym stincie nieco ponad sekundę, co jest wynikiem wprost rewelacyjnym.

Z zapewnień Pirelli wynika, że przy większej temperaturze opony będą wytrzymywać więcej okrążeń. Tym niemniej sytuacja zespołów jest trudna (choć oczywiście taka sama dla każdego), gdyż liczba kompletów opon zmniejszyła się w tym sezonie z 14 do 11 na każdy weekend wyścigowy.

Na trening sobotni, kwalifikacje i wyścig kierowca ma do dyspozycji osiem kompletów, po cztery główne i opcjonalne, przy czym po jednym komplecie musi oddać Pirellemu przed kwalifikacjami.

No, i musi wystartować w tym komplecie, w jakim uzyskał miejsce na starcie.

Zarządzający oponami staje się kluczową postacią w zespole.

15:15, radoslawleniarski
Link Komentarze (3) »
wtorek, 15 lutego 2011
Są to fachowcy, którzy wiedzą o czym mówią

Rozmawiałem z kilkoma osobami po wypadku Roberta Kubicy, aby dowiedzieć się nie tylko o okolicznościach, ale też o konsekwencjach nieszczęścia.
Są to fachowcy, którzy wiedzą o czym mówią.
Każdy wywiad był oddzielnie publikowany w „Gazecie Wyborczej”, ale pomyślałem, że warto zebrać najważniejsze - według mnie - wypowiedzi.
Zebrane w jeden kawałek mówią dosadnie o tym, co przydarzyło się Kubicy i o tym, co dalej.
Na początku - już w niedzielę około południa, czyli trzy-cztery godziny po wypadku - rozmawiałem z Michałem Kościuszką, który rzucił opisał samochód skoda fabia s2000, którym rozbił się Kubica z Jakubem Gerberem, jako narowisty:
- Jeździłem dokładnie tym właśnie samochodem kilkakrotnie, bo współpracowałem z firmą tunningową, która również Robertowi przygotowała auto. Jest to trudny w prowadzeniu, bardzo nerwowy samochód. Tył tej skody ucieka bardzo szybko i nieoczekiwanie. To auto wymaga wielu kilometrów treningów. Robert nie miał tyle czasu. Zabrakło kilometrów na pewno, bo przecież tym samochodem jeździł pierwszy raz.
Michał Kościuszko zwrócił też uwagę na długość akcji ratunkowej.
Powiedział, że półtoragodzinna akcja byłaby w Polsce nie do pomyślenia. Przypomnę, że menedżer Kubicy Daniele Morelli powiedział, że gdyby kierowca znalazł się w szpitalu 10 minut później, mógłby z wypadku nie ujść z życiem. Do tego tematu wróciłem w rozmowie z Tomaszem Bartosiem, szefem Rajdu Polski.
Ale na razie fragment rozmowy z chirurgiem specjalistą od urazów dłoni Grzegorzem Adamczykiem. Mówił on o tym, ile organizm potrzebuje czasu na regenerację włókien nerwowych:
- Tkanka nerwowa regeneruje się bardzo powoli - przy optymalnym gojeniu milimetr na dobę. Można więc przyłożyć linijkę, aby zobaczyć, ile milimetrów jest od nadgarstka do palców. Są ich setki, czyli setki dni [tu pan doktor lekko przesadził, bo jest to około kilkanaście dziesiątek dni, ale to uświadomiłem sobie później - rl]. Powrót do sprawności i gojenie jest złożoną kwestią. Zależy nie tylko od rozległości urazów, czyli również od stanu pozostałych tkanek ręki, ale też od woli walki, od chęci wyleczenia się, od współpracy. Tu nie ma wątpliwości - jeśli ktoś chce być zdrowy, jeśli ktoś chce wrócić do ścigania się, to pan Kubica. Przed wypadkiem był w znakomitej formie - to wszystko działa na jego korzyść. Sportowcy często sa fenomenami w tym względzie. Niektóre osoby mają taki potencjał zrostowy, że nie tylko dochodzi do zrostu uszkodzonych ścięgien, ale również do przyrastania ich do kości, przy czym potrzebna jest kolejny zabieg - mówił dr Adamczyk.
Następnym rozmówca był rehabilitant Paweł Atłas.
On z kolei świetnie opowiedział, że powrót do sprawności powinien się zacząć następnego dnia po pierwszych zabiegach - i nawet nie chodzi o operowaną dłoń, kolano, czy bark. Organizm ludzki w jego słowach to jeden mechanizm i trzeba nań patrzeć całościowo.
Pan Atłas mówił:
- Gdy nie mamy możliwości, aby dotknąć chorej kończyny, ćwiczymy tylko drugą. Jest metoda prioproceptywnego torowania nerwowo-mięśniowego. Chodzi o to, aby dzięki stymulacji zdrowej części ciała impulsy nerwowe przechodziły przez obszary chore i uaktywniały je - np. dotykiem.
Zapytałem: - Jakie znaczenie ma szczypanie zdrowej lewej dłoni dla chorej prawej, skoro jedna od drugiej oddalona jest o ponad półtora metra?
- Ma bardzo duże. Impulsy przenoszą się na drugą stronę kanałami nerwowymi.
NA ćwiczenia ta metodą są specjalne wzorce. Jak na przykład zginamy palce zdrowej lewej ręki, to poprawia się stan prostowników w prawej, chorej. Przykładamy więc odpowiedni opór, odpowiednia stymulację. Nie ma pacjentów, których nie można rehabilitować, a szczególnie z takich którzy mogą i chcą współpracować - mówił pan Atłas.
Ostatnim rozmówcą był szef Rajdu Polski Tomasz Bartoś, syn delegata FIA do spraw bezpieczeństwa Jacka Bartosia.
On mówił o tym czy można powiedzieć, że rajdy sa sportem ekstremalnym. Skoro w niektórych krajach zakazuje się boksu, dlaczego nie zakazuje się rajdów, skoro ofiar - również śmiertelnych - jest więcej?
Pan Bartoś opowiadał jak rajdy w Polsce sa zabezpieczane.
Zapytałem go między innymi, czy 30-40 minutowe oczekiwanie na samochód ratunkowy mogłoby się zdarzyć również w Polsce.
- Nie, absolutnie wykluczone - mówił Tomasz Bartoś. - Przed startem do każdego odcinka specjalnego stoją dwa samochody - ambulans reanimacyjny i wóz techniczno-ratunkowy straży pożarnej. Jeśli OS ma więcej niż 15 km, to dla kolejnej pary ratunkowej jest organizowany punkt pośredni w środku, w dogodnym miejscu.
W centrum kierowania rajdem - gdzie dyżuruje kierownik rajdu, lekarz, policjant i osoba nasłuchująca radio rajdu - są ekrany z mapami poszczególnych odcinków specjalnych, oraz wielki ekran z mapą całego rajdu. GPS w każdym pojeździe podaje jego położenie z opóźnieniem 3-5 sekund. Gdy punkt-symbol pojazdu na ekranie stanie, to znak, że coś się stało. Kierowca, który wypadł z trasy ma w swojej skrzynce nadawczej dwa przyciski - OK lub SOS. On lub jego pilot przyciska właściwy. My to widzimy.
Jeśli samochód po prostu stanął na poboczu, a kierowcy i pilotowi nic się nie stało, pierwsza załoga, która mija stojący poza drogą pojazd, widzi białą tablicę z zielonym napisem OK. Każda załoga posiada ją w książce drogowej i w takim wypadku ją wywiesza.
Gdy jej nie ma, lub gdy następna załoga zauważy tablicę z czerwonym napisem SOS, ma obowiązek stanąć i sprawdzić, co się dzieje.
Kolejna załoga mijająca miejsce wypadku musi przekazać informację do najbliższego punktu radiowego, które są rozstawione co 5 km OS-u. Tam czuwa sędzia, jeden z 100-150 licencjonowanych sędziów, pracujących przy dużym rajdzie. On zawiadamia radiowo centrum rajdu. Jeśli sytuacja jest krytyczna, sędziowie rozstawieni na trasie wstrzymują odcinek specjalny żółtymi flagami. Może wtedy wyruszyć ekipa ratunkowa - nawet pod prąd, jeśli jest bliżej. Nie opowiadam bajek, tak się dzieje na trasach rajdów w Polsce - zapewniał pan Bartoś.
- Wszystkie samochody mają GPS [to wymóg tegoroczny, w poprzednim sezonie w rajdach najniższej kategorii chyba nie trzeba było mieć nadajnika o którym mówił pan Bartoś], wszędzie jest centrum kierowania rajdem, wszędzie są samochody ratownicze.
Oczywiście, jeśli w 3-ligowym rajdzie jest jeden OS, który się pokonuje 3 lub 4 razy, to kierownik rajdu jest równocześnie kierownikiem odcinka specjalnego, centrum usytuowane jest na starcie/mecie. Jedynym ustępstwem dla rajdów 3-ligowych jest zwolnienie z obowiązku posiadania HANS (system ochrony odcinka szyjnego kręgosłupa, podobny jak w F1). Cała reszta obowiązuje. Plus rajdy najniższej kategorii nie mogą organizować OS-ów dłuższych niż 5 km.
Te procedury działają - w 2008 roku i 2009 roku miałem tego dowód w postaci akcji ratunkowych, z udziałem śmigłowca. W Polsce nikt nie odważyłby się na zorganizowanie rajdu na takich zasadach jak we Włoszech - dokończył pan Bartoś.
To tylko kilka aspektów wypadku Kubicy.
Bardzo mnie w nim jeszcze interesuje adrenalina.
Chciałbym porozmawiać z psychologiem - chyba psycholog byłby dobrym rozmówcą - o źródłach uzależnienia adrenaliną.
Czy jest ono uwarunkowane genetycznie, czy środowiskowo, czy jest jakiś receptor w mózgu, który domaga się adrenaliny, tak jak nikotyny u nałogowych palaczy, czy alkoholu u alkoholików?
Czy całe to uzależnienie jest po prostu mitem?
Zobaczymy.

17:12, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 14 lutego 2011
Imponujący Red Bull

Stan zdrowia Roberta Kubicy polepsza się, więc można bliżej poprzyglądać się, jak jeździły samochody w Jerez.
Po pierwszych dwóch testach przedsezonowych wygląda na to, że najszybszym bolidem w stawce jest Red Bull, czyli najlepszy zespół ostatniego sezonu, z mistrzem świata Sebastianem Vettelem za kierownicą. Akurat w Jerez, Red Bull ani razu nie znalazł się na samym szczycie tabelki z wynikami, a mimo to nie tylko kierowcy innych zespołów wypowiadają się z szacunkiem o RB7.
Najbardziej przekonująca o klasie bolidu Red Bulla jest relacja dziennikarza z autosport.com. I w pewnym sensie zaskakująca.
Według niego, RB7 hamował zwykle krócej niż inni przed pierwszym i drugim zakrętem (dwa ostre prawe). Zaskakujące jest to, że Vettel wyłączał docisk skrzydła tylnego, już kiedy wyjeżdżał z drugiego zakrętu, jeszcze na skręconych kołach. Skrzydło było wyłączone przez kolejne dwa zakręty - szybkie lewe.
Oznacza to, że pojazd jeździ jak przyklejony do asfaltu - mimo braku kilkunastu procent docisku aerodynamicznego, pochodzącego z „nowego”, ruchomego tylnego skrzydła.
W długich przejazdach Vettel osiągał wyniki porównywalne z najlepszymi.
Podobnie brzmiała relacja innego dziennikarza z Jerez, który opisywał Marka Webbera jadącego swoim Red Bullem za Michaelem Schumacherem, bodaj drugiego dnia testów.
Webber zostawał z rozmysłem z tyłu, aby móc realizować swój program, ale po dłuższej chwili znów był na ogonie mercedesa siedmiokrotnego mistrza świata. Australijczyk hamował wyraźnie później niż Niemiec.
Red Bullowi niewiele ustępują Ferrari i Renault ze swoim nowatorskim rozwiązaniem wydechu (w pewnym sensie nowatorskim, bo jak donosi f1.com, szukanie docisku za pomocą ukierunkowania spalin zdarzyło się w Renaulcie w 1983 i 1985 roku).
W Renaulcie bardzo zastanawia mnie, dlaczego właściwie szef zespołu postanowił sprawdzić Bruno Sennę, mając na wyciągnięcie ręki taki skarb jak Nick Heidfeld. Powiedzieć, że Nick ze swoim doświadczeniem, z dodatkowymi kilometrami jako kierowca testowy Pirelli, jest skarbem, to powiedzieć za mało. Zwłaszcza w czasie, gdy zespołowi do wyciśnięcia maksimum z samochodu pozostają cztery testy i piątkowe treningi przed kwalifikacjami. Czy Heidfeld nie powinien wykorzystać do maksimum czasu przeznaczonego dla drugiego kierowcy?
Być może są jakieś zobowiązania wobec Senny, z którym kontrakt został podpisany w dniu prezentacji bolidu. Ale tego nie wiemy. Być może Brazylijczyk jest narzędziem nacisku na Witalija Pietrowa, żeby Rosjanin nie poczuł się zbyt zrelaksowany...
Jeśli chodzi o Ferrari, to przede wszystkim rzuca się w oczy niesłychana niezawodność F150 Italia. Właśnie ona świadczy o klasie. Fernando Alonso był w stanie w pierwszych dwóch testach - w Walencji i w Jerez - przejechać ponad 450 okrążeń, czyli około 1900 km, najwięcej ze wszystkich. Ponieważ jest to wczesna faza testowania, kiedy zespoły właściwie sprawdzają, czy wszystko działa, czy samochód aby się nie rozsypuje, a dopiero z czasem przystępują do solidnej pracy przede wszystkim z oponami, ta liczba kilometrów dwukrotnego mistrz świata robi wrażenie.

19:10, radoslawleniarski
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 lutego 2011
Czy można psu zakazać biegać?

Pytanie napisał forumowicz pod artykułem znanego brytyjskiego blogera F1. Autor artykułu, James Allen, wychodząc od wypadku Kubicy w jego 13. rajdzie w karierze, zastanawiał się, czy wśród kierowców Formuły 1 powinien obowiązywać zakaz startów w rajdach.
Pytanie z forum nie należy do najbardziej eleganckich, ale trafia w sedno.
Kubica od lat należy do świata wysokich prędkości. Wzrastał w nim od dziecka i jest on dla niego naturalnym środowiskiem. Żaden zwyczajny czternastolatek nie tłucze się w furgonetce przez dzień i noc i dzień na drugi koniec Europy, aby testować nowe opony do karta. Żaden nie śpi w fabryce gokartów, aby być bliżej nich i z samego rana być gotowym do jazdy.
Dla mieszkańca zwykłego świata 26-letni Kubica zachowuje się jak człowiek uzależniony. Ironią losu jest że akurat inne uzależnienia - całkiem obce dla Kubicy - są uważane za bardziej ludzkie, bardziej zrozumiałe. Teraz nagle dziennikarze pytają: - Kto panu kazał jechać w tym rajdzie? („La Gazetta dello Sport”, 11.02.2011).
Odpowiedź Kubicy: - Sam sobie kazałem.
Jedna strona dziwi się pytaniem, druga odpowiedzią.
Zakaz - nawet jakby w obecnej sytuacji udało się zespołowi z Kubicą podpisać taki kontrakt - byłyby nie tylko gwałtem na naturze. Co ważniejsze, nie miałby sensu - zespół podpisując umowę z wymarzonym kierowcą, jednocześnie wymagałby nią zmiany jego osobowości na inną, której nie pożąda.
Dlatego wypowiedź szefa zespołu Erica Boulliera z dnia wypadku jest naprawdę budująca, choć mogą uznać, że Francuz robi dobrą minę do złej gry.
Boullier powiedział: - Nigdy nie wpisywaliśmy do kontraktów naszych kierowców klauzuli zabraniającej startów w rajdach. To nie nasza polityka, nie nasz styl. Tym bardziej nie mogliśmy uczynić tego w przypadku Kubicy, bo wiemy, że rajdy samochodowe to dla niego rzecz bardzo ważna. Jest częścią jego życia. Jest jego pasją. Obie strony - zespół i Robert - miały świadomość ryzyka. To była nasza wspólna decyzja.
Dodajmy, wypadek Kubicy był kuriozalny, wyjątkowy, najstarsi rajdowcy nie pamiętają, aby bariera ochronna w tak bezbłędny sposób znalazła sobie jedyną wolną drogę do wnętrza kabiny samochodu.
Można zastanawiać się, dlaczego inni kierowcy jeżdżący dziś w F1, nie startują w rajdach.
Mają zakaz? Tego nie wiemy, bo szczegóły kontraktów są poufne.
Czy w ogóle chcą startować? Ilu kierowców obecnie ścigających się w F1, na tyle poważnie myśli o rajdach, aby zażądać zgody na start?
Nie znam żadnego. Jedynym kierowcą, o którym wiem, że na pewno poprosił zespół o pozwolenie na start w rajdzie był Sebastian Vettel - w 2009 roku. Był to rajd staroci Ennstal Classic w Austrii - kierowcom wokół szyi rozwiewały się długie, czerwone szaliki, obok głowy furkotały zapinki skórzanych pilotek i przedpotopowych motogogli.
Nic dziwnego, że Red Bull uznał, że ważniejsze są testy.
Formuła 1 to bajońskie interesy. Księgowy zespołu, dyrektor, szef logistyki, inwestorzy, sponsorzy w wielesetmilionowym biznesie chcieliby wymagać od kierowcy rozsądku, aby samemu czuć się komfortowo.
Ale nie za to płacą 10 milionów euro rocznie.
Płacą za umiejętności, których by nie było, gdyby nie wychowanie Kubicy w świecie, w którym najważniejszym wymiarem jest szybkość.

19:16, radoslawleniarski
Link Komentarze (1) »
środa, 21 kwietnia 2010
Hamilton nie zasługuje na karę

Lewis Hamilton nie zasługuje na wodospad krytyki, który spadł na niego po wyścigu w Chinach. Brytyjczyk jeździ bardzo agresywnie, co z pewnością mocno innych irytuje, ale uważam, że w Szanghaju tylko raz zasłużył na karę i zupełnie nie za to, za co chcieliby go ukrzyżować kibice i część dziennikarzy.

Najbardziej dostało się Hamiltonowi za incydent w alei serwisowej przy drugim zjeździe - próbie odrobienia strat związanych z nietrafioną decyzją o zmianie opon z gładkich na pośrednie.

Brytyjczyk wbił się w pitlane razem w Vettelem. Był po wewnętrznej, w związku z tym wygrał. Dokładnie tak samo, jak Fernando Alonso wygrał w tym miejscu z Felipe Massą. Nie ma przepisu, który reguluje, kto ma pierwszeństwo u wlotu do alei serwisowej. Sytuacja była wyścigowa.

Kilkanaście sekund później Hamilton został wypuszczony przez obsługę McLarena niemal jednocześnie z Vettelem. McLaren w przesłuchaniach przez stewardów wyjaśniał, że obsługa dała znak wyjazdu Hamiltonowi, kiedy Vettel jeszcze stanowiska nie opuścił.

Potem jechali koło w koło i też trudno byłoby mieć pretensje do Vettela, który jechał między ciągłymi liniami, gdyby nie delikatny ruch kierownicą w prawo - aby wrzucić Hamiltona na urządzenia do zmiany opon w stanowiskach innych zespołów.

Znów sytuacja była wyścigowa, ale dość niebezpieczna. Zwłaszcza, gdyby serwisowani byli inni kierowcy. Na to sędziowie zwrócili uwagę i za to dostali obaj naganę.

Druga kontrowersyjna sytuacja miała miejsce po pechowym wypadku Jaime Alguersuariego. Hamilton wypchnął Webbera podczas wznowienia wyścigu, po zjeździe drugiego samochodu bezpieczeństwa. Ale gdy się dokładniej przyjrzeć Hamilton był zgniatany z jednej strony - wewnętrznej - przez Vettela (który z pewnością pamiętał przepychanie się Hamiltona u wlotu do alejki), a z drugiej przez Webbera. Po prostu nie odpuścił. W najsłabszej pozycji w takich okolicznościach był Webber - jechał po zewnętrznej i mógł wyjechać poza tor. Pewnie też nie bez znaczenia jest fakt, że z nich trzech Australijczyk jest najstarszy, więc i najostrożniejszy. W tym miejscu wyścig mógłby się skończyć dla nich trzech, gdyby Webber nie zjechał.

Jedyne złamanie przepisów przez Hamiltona zasługujące na karę większą niż tylko reprymenda nastąpiło, moim zdaniem, przy jego pierwszym zjeździe, kiedy niemal zawrócił z toru do alei serwisowej, ścinając wszystkie zabezpieczania na poboczu.

Hamilton już jest nazywany pitbulem wyścigowym, ale trzeba przyznać, że bez niego byłoby nudniej.

W Bahrajnie przebił się z 4 na 3, w Australii z 11 na 6, w Malezji z 20 na 6, w Chinach z 6 na 2. Na pewno można by to wszystko zrobić łatwiejszą drogą i Hamilton mówi w dzisiejszej wypowiedzi dla reutersa, że będzie tej łatwiejszej drogi szukać.

18:35, radoslawleniarski
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19